sobota, 22 sierpnia 2015

LBA i moja biblioteczka

Dziękuję po raz kolejny Veronice Hunter za nominację. <3
Pytania od Veroniki Hunter:

1. Jak wygląda twoja biblioteczka? Wstaw zdjęcie lub napisz tytuły swoich perełek (książek).


Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy I,II,III 
Najstarszy
Seria Dary Anioła 
Diabelskie Maszyny
Kroniki Bane'a 
Anielski Ogień
Seria Szeptem 
Seria Wybrani
Utrata
Seria Oddechy 
Seria Mroczne Umysły 
Kuszenie 
Zniszcz ten dziennik
Przed Świtem
Przyjaciele na zawsze 
Czy niedźwiedzie polarne czują się samotne? 
Inna? 
Kwiaty na poddaszu
Okaleczeni 
Notes Wędrowycza
Sekretny język kotów
Opium w rosole 
 

2. Co cię najbardziej inspiruje i motywuje do dalszego pisania?
Inspiracje napisałam w poprzednim LBA, a motywujecie mnie Wy i Wasze komentarze oraz moi przyjaciele. 
 

3. Masz jakieś zwierzątko? Jeśli tak to jakie? A jeśli nie, to jakie byś chciała mieć?
Mam psa i kota :3
 

4. Co robisz kiedy masz doła?
Idę wyjść się przejść gdzieś albo idę do przyjaciółki. Ona mnie zawsze pocieszy. 
 

5. Jaka piosenka wpadła ci ostatnio w ucho?
Sulin- Jedna minuta 
 

6. Na co najbradziej zwracasz uwagę, kiedy słuchasz jakieś piosenki? Tekst? Autor?
Sens tekstu i melodia. 
  

7. Jakie są według ciebie zalety chodzenia do szkoły?
Poznawanie nowych ludzi, zgłębianie wiedzy i rozwijanie pasji.
 

8.  Do czego masz słabość? Wymień trzy najważniejsze rzeczy...
Do blondynów :3 
Do książek ♥
Do czekolady ♥  
 

9. Jakie jest twoje największe marzenie, ale tym razem chodzi mi o wyobraźnie. Nie muszą to być rzeczy związane z rzeczywistością.
Poznanie bohaterów z książek i związanie się z jednym z nich :3 
 

10. Kiedy pierwszy raz się zakochałaś? W której klasie?
To chyba było... w 3 klasie podstawówki 
 

11. Jak zaczęła się twoja przygoda z pisaniem?
Zaczęła się naturalnie od czytania książek. Potem tworzyłam coraz więcej opowiadań w zeszycie, aż w końcu założyłam tego oto bloga :D 
Znowu nikogo nie nominuję :'(  

LBA

 Z całego serca dziękuję Veronice Hunter za nominację do LBA mimo, iż ostatnio zaniedbałam bloga. Nie wiem co powiedzieć, DZIĘKUJĘ ♥


 Pytania od Veroniki Hunter: 

1. Co czujesz publikując nowy post na swoim blogu?

Czuję ogromną radość. Radość, że ktoś czyta moje nędzne opowiadanie. I choć często zawodzę czytelników, oni zawsze są ze mną. Dziękuję Wam za to.
  2. Kim byś chciał/a zostać w przyszłości? Dlaczego?

Szczerze to nie mam pojęcia. Nie mam planów na przyszłość ;/ 
  3. Co cię inspiruję, że dostajesz nowych pomysłów?

Przede wszystkim różne sytuacje z mojego życia i życia przyjaciół. Pobliski las też mnie bardzo inspiruje. ;) 
  4. Wyobrażasz/planujesz sobie czasami fabułę ostatniego rozdziału twojego bloga?

Nie, ponieważ nie wiem jeszcze, kiedy zakończę bloga. Chociaż coś już nad tym myślałam. 
  5. Jak wpadłaś na pomysł, aby zacząć pisać opowiadanie?

Po skończeniu serii Dary Anioła stwierdziłam, że nie spodobało mi się to, że Jonathan umarł ;(
Chciałam także spróbować stworzyć coś swojego. Widziałam tyle wspaniałych blogów o DA, że też postanowiłam spróbować. 

  6. Twój ulubiony owoc?

Zdecydowanie jabłko ;p 
  7. Ulubiony przedmiot szkolny?

To trochę zależy, jaki jest temat i tak dalej, ale chyba W-F 
  8. Pisanie to twoja pasja czy hobby?

Skłaniam się ku pasji. :D 
  9. Jakiej piosenki teraz najczęściej słuchasz?

Zedd - Beautiful Now ft. Jon Bellion

10. Jak wygląda według ciebie idealna randka?

Mnie by nie obchodziło miejsce i tak dalej, tylko czas spędzony z ukochaną osobą ♥ 
  11. Jak oceniasz siebie jako pisarkę w skali 1-10?

Ehh to raczej nie ja powinnam siebie oceniać, tylko Wy mnie. Ale dobrze. Niech będzie. Oceniam się na 4,5, bo nie zasługuję na więcej ;/ 



Przepraszam kochani, ale nikogo nie nominuję  

piątek, 14 sierpnia 2015

Rozdział

Udało się wam dobić do 8 komentarzy. Bardzo się z tego cieszę :D
Rozdział wstawię dzisiaj. Mam taką nadzieję. Ostatnio trochę mi komputer szwankuje. Może dzisiaj jednak będzie miał dobry humor. Także spodziewajcie się rozdziału ewentualnie jutro.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie ♥

piątek, 31 lipca 2015

Rozdział 23: Rytuał cz. 1

   parę dni później 
 
    Leży na swoim łóżku myśląc nad tym, jak pokonać swojego ojca. Wiedziała, że nie ma z nim szans, nawet nie zaczęła szkolenia na Nocnego Łowcę. Miała jedynie nadzieję, że Jonathan pomoże jej w tym zadaniu. Odetchnęła głęboko i pokręciła głową. Stanowczo zabroniła sobie myśleć o ojcu i wszystkim, co się wydarzyło. Jadła właśnie tosty przyniesione do jej pokoju przez służącą, jak co rano. Nadal nie zamierzała jadać w obecności ojca, wiedziała jednak, ze kiedyś to się skończy. Chwyciła leżący na stoliku szkicownik, który dostała niedawno od Jonathana. Rysując myślała o mamie, Isabelle, Alecu, Jace' ie, Simonie, Luke' u i swoim bracie. Uświadomiła sobie, że mimo genów to właśnie te osoby są jej prawdziwą rodziną. Valentine nigdy nie będzie jej ojcem, bo Luke i tylko Luke zasługuje na to, aby nim być. W każdej sytuacji jej pomagał i ją wspierał. Kiedy myśli o swoim ojcu przed oczami staje jej postać Luke' a. Nim się obejrzała rysunek był skończony. Wyciągnęła ręce przed siebie, aby przeanalizować każdy szczegół. Dotknęła palcem rysunkowego Jace' a, który z uśmiechem obejmował ją w pasie. Wszyscy byli uśmiechnięci, szczęśliwi. Jocelyn obejmowała swojego syna, a on patrzył na nią uradowany. Słona łza kapnęła na karton i rozmazała postać Jace' a. Tak bardzo za nimi tęskniła. Chciałaby, żeby ten koszmar się już skończył. Nawet nie wiedziała ile już tutaj przebywa.

Po skończonym posiłku nie przyszła do niej, jak zawsze pokojówka, lecz jakiś osiłek. Na jego widok cofnęła się odruchowo odrobię. On zaś podszedł do niej z chytrym uśmieszkiem. Chwycił ją brutalnie za włosy i pociągnął w górę. Clary syknęła z bólu.

-Chodź ze mną mała. Valentine ma ci coś do przekazania. Lepiej bądź grzeczna - powiedział mocnym i niskim głosem.

Dziewczyna wolała posłuchać mięśniaka, niż zwijać się później z bólu. Wyszli z jej pokoju. Sługa Valentina trzymał swoją rękę na karku Clary. Szli kolejnymi korytarzami. Droga wydawała się nie mieć końca. Palce mężczyzny boleśnie wbijały się w skórę rudowłosej. Zatrzymali się po jakimś czasie przy drzwiach z ciemnego drewna. Weszli do środka. Valentine siedział rozparty wygodnie na skórzanym fotelu. Pomieszczenie okazało się być biurem. Przy każdej ścianie stały jakieś szafki. Na jednej ze ścian widniał obraz. Clary przyjrzała się mu dokładniej. Przedstawiał on rudowłosą kobietę obejmowaną przez mężczyznę o białych włosach, przy nich kucał mały chłopczyk o oczach ciemnych jak węgiel. Nagle ją olśniło. To był Valentine, Jocelyn oraz jej brat Jonathan.Nie mogła się patrzeć na ich szczęśliwe miny, dlatego przeniosła wzrok na Morgensterna. Swoje skupione i przenikliwe spojrzenie miał utkwione w niej. Clary poczuła się bardzo nieswojo. Wzrok ojca przenikał ją na wskroś.

-Usiądź proszę. - Gestem wskazał na fotel naprzeciwko siebie, po czym dodał: - Johnny możesz odejść.

Osiłek ukłonił się i wyszedł z pomieszczenia. Clary powoli podeszła do fotela i usiadła. Starała się wyglądać na opanowaną. Nie wiedziała czy jej to wychodzi. W środku była kłębkiem nerwów. Bardzo bała się tego spotkania. Dłonie zacisnęła w pięści, aby nie było widać ich drżenia. Czekała niecierpliwie, aż dowie się od Valentina po co ją tu zaciągnął. Jednak on przyglądał jej się w milczeniu. Postanowiła przerwać niezręczną ciszę.

-Po co chciałeś mnie widzieć? Czego ode mnie chcesz? - spytała.

-Jesteś bardzo podobna do Jocelyn - odparł ignorując jej wypowiedź.

Clary wyprostowała się lekko zmieszana. Jej ojciec wstał i odwrócił się do okna. Tkwili w takich pozycjach przez dłuższy czas, aż Valentine odetchnął głęboko, jakby ze zrezygnowaniem i powrócił na swój fotel. Opadł się ciężko na oparcie. Po krótkiej chwili pochylił się do swojej córki.

-Widzisz Clarisso, nie łatwo wybrać pomiędzy rodziną, a sprawiedliwością. Wiem jednak, że zawsze trzeba myśleć o przyszłości i ludzkości, dlatego z przykrością muszę przyznać, że wykorzystam twoje moce do oczyszczenia świata z demonów jakimi są Podziemni.

Dziewczynę zatkało. Nie wiedziała co powiedzieć. Nagle pomyślawszy sobie o Luku wezbrał w niej ogromny gniew.

-Jak możesz nazywać Podziemnych demonami?! Oni są, jak ludzie! Kochają, smucą się i wściekają. Demony nie posiadają takich uczuć! Demony nie mają uczuć! - wydarła się.

-Clarisso nie takim tonem - powiedział groźnie. - A te ,,uczucia", jak to nazywasz, to tylko iluzja. To smutne, jak zamydlili ci oczy tymi wszystkimi kłamstwami.

Clary nie wytrzymała. Poderwała się z fotela, chwyciła kieliszek z winem, który stał na biurku i wylała jego zawartość na Valentina.

-Nic nie wiesz! To ty żyjesz w kłamstwie!

Valentine nie wyglądał na zadowolonego tym obrotem spraw. Zawołał do pomieszczenia Johnny' ego i rozkazał mu trzymać Clarissę tak, aby nie mogła się ruszać. Osiłek wykonał polecenie bez mrugnięcia okiem. Oczy dziewczyny ciskały błyskawicami. Wyglądem przypominała dzikie zwierze zagonione w ślepy zaułek.

-Wielka szkoda, że nie chcesz współpracować. Nie pozostaje mi nic innego, jak wykonać dzisiaj rytuał. W końcu dzisiaj są twoje urodziny. A i na posiłkach będziesz musiała przychodzić do jadalni. Bez żadnych wymówek. Wszystkiego najlepszego Clarisso - powiedział z kpiarskim uśmiechem. - Johnny odprowadź proszę Clarissę do jej pokoju.

-Tak jest Panie - odparł Johnny.

Droga powrotna zleciała szybciej niż można było przypuszczać. Po otworzeniu drzwi do pokoju dziewczyny ona sama została wepchnięta do środka. Sługa Valentina jeszcze się głośno zaśmiał i spojrzał Clary w oczy.

-Mówiłem, żebyś była grzeczna. Mój Pan nie zna litości. Nawet dla rodziny - oznajmił i odszedł pozostawiając ją w oszołomieniu.

Clary patrzyła jeszcze przez chwilę w zamknięte drzwi, a następnie wplątała ze złością zwoje dłonie we włosy. Podeszła do łóżka i ciężko na nie opadła. Zastanawiała się o jakim rytuale mówił jej ojciec. Patrzyła tępo w sufit. Miała tego dosyć. miała dość Świata Cieni. Mimo, że jest Nocną Łowczynią, czuła, że to nie jej miejsce. Czuła się w tym świecie obco. Zamknęła oczy. Była ciekawa co w tym czasie dzieje się w Instytucie. Szukają jej? Żyją własnym życiem, jakby nigdy jej tam nie było? Niestety nie znała odpowiedzi na te pytania. Bała się. Okropnie się bała tego całego rytuału. Najgorsze było to, że wiedziała, że nie ma jak stąd uciec.

Już prawie zasypiała, kiedy usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi. Momentalnie otworzyła oczy. Jonathan spojrzał na nią pytająco. Dziewczyna kiwnęła głową. Chłopak podszedł do jej łóżka i przysiadł na jego brzegu.

-Obudziłem cię? - spytał.

-Nie, jeszcze nie spałam - odparła. Postanowiła zapytać o rytuale swojego brata, może chociaż on coś wie. - Jonathan?

-Hmm - mruknął. 

-Wiesz może coś o rytuałach? Valentine mówił, że przeprowadzi na mnie dzisiaj rytuał, ale nie powiedział nic więcej. Boję się - wyszeptała.

Jonathan spojrzał na nią z widocznym zaskoczeniem. Jego zielone oczy pociemniały z gniewu.

-Ojciec chce przeprowadzić na tobie jakiś rytuał ?! Wiedziałem, że jest nieobliczalny, ale coś takiego?! - wykrzyczał.

Chłopak podniósł się gwałtownie z łóżka. Jego oczy robiły się coraz ciemniejsze. Przerażona Clary również podniosła się, aby spróbować opanować sytuację. Położyła dłoń na ramieniu brata.

-Jonathan uspokój się proszę - powiedziała łagodnie.

On strącił jej ręce, pokręcił głową i wybiegł z jej pokoju trzaskając drzwiami. Zrezygnowana dziewczyna z powrotem położyła się na łóżku. Niczego nowego się nie dowiedziała. Reakcja brata dała jej do zrozumienia, że on wie, co ojciec chce jej zrobić. Bała się jeszcze bardziej, bo Jonathan nie był zachwycony z pomysłu Valentina. Nagle wpadł jej do głowy pomysł. Podeszła do drzwi i je lekko uchyliła. Wysunęła głowę i sprawdziła, czy ktoś jest na korytarzu. Pusto. Wyszła z pokoju najciszej jak mogła. Nie wiedziała czy ktoś jeszcze mieszka na tym korytarzu. Poszła do końca korytarza. Schody.

-Obym tylko się nie zgubiła - szepnęła do siebie.

Ruszyła bezszelestnie po schodach. Kolejne korytarze rozciągały się na dole. Cała rezydencja była, jak labirynt. Clary wybrała prawy korytarz. Skręciła w prawo, potem w lewo, a dalej szła ciągle prosto. Niepokoiło ją trochę, że do tej pory nikogo jeszcze nie spotkała. Może byli na jakiejś naradzie? Cisza była wręcz upiorna. Po chwili rozpoznała ten korytarz. Droga do gabinetu Valentina. Chciała się już wracać, ale usłyszała podniesione głosy dochodzące właśnie z gabinetu. Mimo przerażenia odbierającego jej możliwość ruchu, podeszła bliżej. Głosy stały się wyraźniejsze.

-Jak możesz przeprowadzać na niej rytuał?! Przecież ona może go nie przeżyć! Dla ciebie nie liczy się już rodzina?! - Ten głos należał na pewno do Jonathana.

-Zrozum synu, że nawet jak umrze będziemy mogli przejąć jej moce. Będziemy mogli nareszcie pokonać to słabe Clave i zapanować nad wszystkimi Nocnymi łowcami. Nie chcesz mieć władzy? - odparł Valentine.

-Nie obchodzi mnie żadne Clave! Chcę tylko, aby moja siostra żyła i była bezpieczna!

-Nie tak cię wychowałem! - zagrzmiał. - Co ten rudzielec z ciebie zrobił?! Spójrz na siebie!

Clary oddychała coraz szybciej. Panika zaczęła obejmować jej ciało. Musiała się opanować, bo ją usłyszą. Spokojnie, wdech i wydech.

-Dopiero ona otworzyła mi oczy! Twoje idee są puste i niepoprawne! - wykrzyczał. - Ojcze? Co ty chcesz zrobić?

Zdziwienie w głosie brata sparaliżowało dziewczynę. Co się tam do jasnej cholery dzieje.

-Tak mi przykro. Nie chciałem tego. wybacz - powiedział jakby skruszony Valentine.

Clary nie mogła już dłużej wytrzymać. Otworzyła czym prędzej drzwi i weszła o sztywnych nogach do środka. Sytuacja, jaką tam zastała ją przeraziła. Jonathan miał zdziwioną minę, ale wzrok skupiony. Wyraźnie szukał czegoś, co by mu posłużyło za broń. Najwyraźniej nie miał przy sobie broni. Valentine trzymał miecz uniesiony wysoko w górze mierząc w pierś syna. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej podbiegła do brata i go przytuliła najmocniej, jak umiała.

-Nie! Nie pozwolę ci go zabić! - krzyknęła.

Na twarzy Morgensterna dało się zauważyć zdezorientowanie i oszołomienie, ale szybko zniknął zastąpiony zimnym opanowaniem. Jonathan był przerażony i zupełnie zaskoczony. Valentine opuścił powoli miecz, opierając go o podłogę.

-Clary?! Co ty tutaj robisz?! Musisz uciekać, bo on ... - zaczął.

-O proszę, proszę, kogo my tu mamy. A już myślałem, że będę cię musiał wyciągać siłą z pokoju. Najwyraźniej jesteś głupsza niż myślałem - powiedział Valentine przerywając wypowiedź Jonathana.

Nim ktokolwiek zdążył się zorientować Valentine stał koło Jonathana wstrzykując mu jakąś substancję. Chłopak wywrócił oczami i opadł bezwładnie na podłogę. Clary momentalnie uklękła przy bracie i sprawdziła mu puls. Ulżyło jej, gdy go wyczuła. Poderwała się wściekła z podłogi i odwróciła się do Morgensterna.

-Ty potworze! Czego ty chcesz?! Co mu zrobiłeś?!

-Spokojnie Clarisso. Twój braciszek pośpi sobie parę godzin, nic mu nie grozi - odparł beznamiętnie. - A ty idziesz ze mną po dobroci albo i nie, jest mi to obojętne.

Dziewczyna cofnęła się najdalej, jak mogła. Spojrzała na biurko. Chwyciła w ręce zimną podstawę lampki. Zamachnęła się nią na ojca i rozbiła ją na jego ramieniu. Niektóre odłamki szkła wbiły mu się w ciało. Białą koszulę zabarwiła krew. Rozgniewany Valentine zawołał swoich wspólników. Momentalnie przybyło trzech mężczyzn. Oceniwszy sytuację w mgnieniu oka unieruchomili Clary. Dziewczyna próbowała się wyrwać, jednak bezskutecznie. Ich uściski były stalowe. Morgenstern podszedł do niej powoli trzymając w ręku strzykawkę z bezbarwnym płynem. Clary zaczęła się szarpać i wyrywać. Do pomieszczenia weszło jeszcze dwóch mężczyzn, którzy usztywnili jej rękę. Poczuła ostre ukłucie, a potem zaczęło się jej kręcić w głowie. Stawała się coraz bardziej senna. Za wszelką cenę starała się nie tracić przytomności. Czuła, że jej ręka drętwieje. Przed odpłynięciem w ciemność usłyszała jeszcze głośny śmiech jej oprawcy. Nie miała już siły, aby walczyć z opadającymi powiekami. Poddała się. Valentine wygrał.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Witam was wszystkich :D
Nawet nie wiecie, jak się cieszę, że moja wena i zdolność do pisania logicznych zdań powróciła.
Długo mnie nie było, za co bardzo przepraszam.
Zapraszam do oceniania rozdziału. Przyjmę każdą krytykę. Piszcie prawdę, co myślicie o tym rozdziale.
Nie wiem, ile osób jeszcze czyta moje wypociny, dlatego, żeby was zmotywować do pisania komentarzy dodam kolejny rozdział, jak będzie tutaj 8 komentarzy.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników. :*

czwartek, 30 lipca 2015

Powracam

   W końcu udaje mi się składać jakoś zdania w całość. Od naszej rozłąki codziennie próbowałam napisać kolejny rozdział, jednak za każdym razem mi nie wychodziło. Dzisiaj nadszedł dzień powrotu. Mam już ok 1/4 rozdziału, więc będzie on albo dzisiaj, albo jutro.
Pozdrawiam wszystkich i mam nadzieję, że jeszcze ktoś został na moim blogu. :*

piątek, 26 czerwca 2015

Wybaczcie

Niestety, ale chyba mój mózg musi trochę odpocząć. Od dłuższego czasu nie mogę napisać rozdziału. Pomysły i chęci są, ale nie mogę napisać ani jednego sensownego zdania. Powrócę jak przejdzie mi Hmm... To. Nie wiem jak to nazwać. Także przepraszam i do zobaczenia. ;( :*

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 22: W życiu trzeba wybaczać

   Od trzech godzin Luke, Jace, Alec, Isabelle, Maryse, Robert i Hodge siedzą w bibliotece i myślą co dalej robić. Maxowi nie pozwolono uczestniczyć w tym zebraniu, ponieważ był za młody. Chłopiec nienawidził, gdy ktoś nazywa go małym i nie pozwala uczestniczyć w rozmowach.Nikt nie wiedział, gdzie jest Clary lub chociażby, gdzie zacząć szukać. Jace był załamany, ale starał się tego nie okazywać. Dlaczego teraz? Dlaczego ona? Czego to musi spotykać akurat mnie? Mnóstwo pytań krążyło po jego głowie. Wiedział jedno- zabije tego drania Jonathana i Valentina. Nie daruje im tego. Odkąd nie ma rudej chłopak przeżywa katusze myśląc, czy dziewczyna jest cała i zdrowa, czy jest torturowana, czy jeszcze żyje? Nie, nie myśl o tym. Musi mieć nadzieję, mimo iż trzymanie się nadziei jest głupotą. Niestety tylko to mu pozostało.

-Nie wiadomo nawet, gdzie szukać. Oni mogą być wszędzie, a runy nie działają - stwierdził poddenerwowany Jace.

-Luke, a może ty wiesz, gdzie oni są. w końcu byłeś parabatai Valentina - prosiła Maryse.

Mężczyzna przyłożył rękę do podbródka i go potarł w zamyśleniu. Zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Zmarszczył brwi by po chwili otworzyć szeroko oczy i spojrzeć na Maryse.

-Nie jestem pewien, ale chyba wiem, gdzie teraz są.

***

   Siedzi tu już chyba cztery dni. Służba przynosi jej wszystkie posiłki do pokoju. Nie zamierza widzieć więcej Valentina na oczy i dotrzyma słowa. Nurtuje ją jednak kwestia jej matki. Co z nią jest? Czy jest zdrowa? A jeśli tamten sen...? Nie, nie może tak myśleć. Jej mama żyje i nic jej nie jest. Zapewne teraz siedzi w pokoju i rysuje coś farbami. Dziewczyna niewiele zjadła przez te kilka dni. Zmuszała się tylko, aby coś zjeść pod namowami Jonathana, który często ją odwiedzał. Nie mogła nadal w to uwierzyć, ale przy niej jest on całkiem inny. Nie raz słyszała kłótnie Valentina z nim. Potem słychać było stłumiony krzyk brata i cisza. Martwiła się o niego. Mogłaby przysiąc, że Morgenstern go bije i to nie lekko. Pytała się go potem, jak do niej przychodził, czy wszystko w porządku. On wtedy potakiwał i uśmiechał się przekonująco. Ale Clary widziała w jego oczach ból i smutek. Wiedziała, że Jonathan nie chce jej martwić, ale nie mówiąc jej o niczym, Clary martwiła się sto razy bardziej. W nocy nawiedzały ją coraz to gorsze koszmary. Często był w nich Valentine i Jonathan. Nie mogła już tak dłużej. Wszystko ją bolało po nieprzespanych nocach. Miała sine worki pod oczami. Chciała już wrócić do Instytutu z mamą i Jonathanem. Chciała zobaczyć Simona, Izzy, Aleca i Jace' a. Za Jace' em tęskniła chyba najbardziej, mimo iż ją denerwował, ale przecież ona go... kocha. Właśnie sobie uświadomiła, że mu tego nie powiedziała. Pomimo wzruszających wyznań chłopaka nadal miała wątpliwości, czy nie zabawi się nią chwilę, rzuci i weźmie się za następną naiwną dziewczynę. Czuła, że to by było za piękne, żeby taki przystojny chłopak, jak Jace kochał taką osobę, jak ona. Jej rozmyślania przerwało otwieranie i zamykanie drzwi. Odwróciła wzrok od okna i skierowała go na gościa. Był nim jej brat. Jonathan ubrany był w strój bojowy Nocnego Łowcy. Włosy miał w nieładzie. Cały jego strój był poszarpany i poplamiony krwią. Nie zielonkawą lub żółtą posoką demona, tylko... szkarłatną krwią. Clary patrzyła na niego z szokiem i przerażeniem. Odsunęła się trochę od niego opierając plecy o ścianę. Jonathan patrzył na nią błagalnym wzrokiem. Wyciągnął zakrwawioną i lekko drżącą rękę w stronę siostry, ale zawahał się i opuścił ją z powrotem wzdłuż ciała.

-Clary... ja nie wiem co powiedzieć... Ja... nie... nie chciałem -jąkał się. Po chwili spuścił głowę i dodał: - Ja... ja ją zabiłem.

Dziewczyna zaczęła powoli kręcić głową, z jej oczu pociekły łzy. Osunęła się na podłogę, podkuliła kolana i objęła je rękami. Oddychała głęboko nadal kręcąc głową. Jej brat kogoś zabił. On miał się zmienić. Czy wszystkie te godziny spędzone z nim nic nie dały? Przecież już się zmieniał. Wszystko poszło na marne? On nigdy się nie zmieni? Nie da się go uratować? Jonathan cierpliwie czekał, aż Clary się uspokoi. 

-K-k-kogo zabiłeś? - spytała w końcu drżącym głosem. 

-Kobietę, która sprzeciwiła się Valentinowi. Ja nie wiem co się stało. Ojciec kazał mi ją zabić, a ja nie myśląc o niczym, to zrobiłem. Miecz wszedł gładko w jej wiotkie ciało. Na twarzy do ostatniej chwili miała wyraz szoku. Krew była wszędzie. Dopiero w tedy do mnie dotarło, co zrobiłem. Nie mogłem patrzeć się w jej puste oczy. Uciekłem. Pobiegłem prosto do twojego pokoju. Nie powinienem był tego robić, powinienem od razu odmówić, sprzeciwić się ojcu - powiedział załamanym głosem. - Jestem potworem - dodał szeptem. 

Słysząc jego udręczony głos Clary podniosła na niego wzrok. Momentalnie opanowała emocje. Musiała być silna, inaczej cały jej czas poświęcony Jonathanowi pójdzie na marne. Nie mogła pozwolić sobie na chwilę słabości. On się zmienia, przecież to widziała, widzi. Nie mogła go teraz znienawidzić i zostawić samemu sobie. Wiedziała, że będzie ciężko i to wymaga czasu. Nie podda się, gdy jest już tak blisko celu. Będzie walczyć do końca. Wierzy, że jej się to uda. Wstała na chwiejnych nogach i powoli podeszła do brata. Ten widząc, że się do niego zbliża podniósł głowę i spojrzał na jej twarz. Clary wyciągnęła rękę, aby dotknąć jego policzka. Jonathan cofnął się raptownie, a jego oczy pociemniały. Nie, nie, nie! To nie może być prawda! Nie mogła go znów stracić! Postanowiła jednak się opanować i spróbować ponownie. 

-Jonathanie nie jesteś potworem. Nawet tak nie myśl. Nie było mnie wtedy przy tobie. Nie widziałam, jak to się zdarzyło, ale wierzę, że nie chciałeś tego. Żałowałeś swojego czynu i to się liczy. Proszę daj sobie pomóc - mówiła błagalnym tonem. - Straciłam już ojca. Nie mogę stracić także brata. 

Jego wzrok złagodniał, a do oczu powróciła zieleń. Niepewnie podszedł do Clary i rozłożył ręce. Nie chciał się narzucać. Dziewczyna pewnie przytuliła się do brata i nie przejmując się tym, że pobrudzi się krwią, położyła głowę na jego ramieniu. Jonathan trzymał ją w ciasnym uścisku, jakby się bał, że jego siostra zaraz zniknie. Wtulił swój nos we włosy dziewczyny. Trwali tak w ciszy wsłuchując się w bicie swoich serc.

-Nie stracisz mnie. Obiecuję - szepnął jej do ucha.  

Clary zacieśniła jeszcze bardziej uścisk, zacisnęła mocniej oczy. Nareszcie ma brata. Nie mogłaby być na niego wściekła widząc jego smutny wzrok. Przyznał jej się do tego i żałował tego co zrobił. Z kąta oka na policzek spłynęła jej łza szczęścia. Była coraz bliżej sukcesu. Już niedługo będzie mogła wraz z Jonathanem i Jocelyn uciec z tej nory. Bała się jednak trochę, że nie wystarczy jej cierpliwości i siły, aby wszystko poszło po jej myśli. Wiedziała, że będzie się starać. Już niedługo, niedługo. Odsunęli się od siebie powoli. Ubranie Clary, tak, jak przypuszczała, było całe we krwi. Uśmiechnęła się do brata, a on odwzajemnił gest. Wtedy jakby sobie coś przypominając odsunął się trochę od siostry i przybrał smutny wyraz twarzy.

-Clary... czy ty mi wybaczysz to co zrobiłem? - spytał niepewnie.

-Oczywiście, że ci wybaczam - odpowiedziała pewnie dziewczyna.

***

  Znajdowała się w białym pomieszczeniu. Nie było tutaj ani okien, ani drzwi, a mimo to było przeraźliwie jasno. Ostre światło kłuło ją w oczy. Rozglądała się dookoła, ale nie było wkoło nikogo. Podeszła do ściany i przyłożyła do niej wpierw dłoń, a potem ucho. Nasłuchiwała, cisza. Zmarszczyła zirytowana brwi i przycisnęła ucho jeszcze bliżej ściany. 

-Clarisso - przemówił ktoś. 

Clary podskoczyła przerażona. Odwróciła się powoli i spojrzała na przybysza. przynajmniej próbowała, ponieważ osoba, która przed nią stała emanowała takim blaskiem, że dziewczyna musiała przymknąć oczy by cokolwiek widzieć. Po chwili jej oczy przyzwyczaiły się trochę do światła. W pomieszczeniu ku jej zdziwieniu nie było człowieka, tylko ogromny anioł. Ubrany był w złotą zbroję. Jego złoto-białe skrzydła były jednocześnie majestatyczne, ogromne i delikatne. Na końcu każdego pióra znajdowało się coś na kształt oka. Przy każdym nawet delikatnym machnięciu skrzydłami zrywał się bardzo silny wiatr. Szata anioła lekko powiewała. Jego włosy były nienaturalnie złote, a może bardziej żółte? Tego Clary nie umiała stwierdzić. 

-Witaj Clarisso Adele Morgenstern. Jestem Razjel, stwórca Nefilim - mówił dźwięcznym, mocnym i melodyjnym zarazem głosem. - Przybyłem, aby ci pomóc. 

-W czym pomóc? - spytała cicho i słabo Clary. 

-Muszę ci z przykrością oznajmić, że twojego ojca, Valentina Morgensterna nie da się już uratować. Trucizna faerie za bardzo zniszczyła jego serce i mózg. Musisz go jak najszybciej zabić. 

-Ale dlaczego mi powierzasz to zadanie? Nie jestem wyszkoloną Nocną Łowczynią. 

-Powierzam ci tą misję, ponieważ masz wyjątkowy dar. W twoich żyłach płynie więcej krwi anioła niż w innych Nefilim. Niektóre anioły domagały się nawet, abyś wstąpiła w nasze szeregi. Powstrzymałem ich jednak przed tym, ponieważ twoim przeznaczeniem jest uwolnić ten świat od zła. Pomogą ci w tym twoi przyjaciele i rodzina. Pamiętaj nigdy ich nie odtrącaj i chroń za wszelką cenę. 

-Dobrze - odparła pewniej. 

-Ponieważ prawdopodobnie jest to nasze ostatnie spotkanie przydzielam ci do ochrony i pomocy mojego brata Ithruriela. To jego krew masz w żyłach. Połączeni jesteście silną więzią. Ithruriel będzie cię chronił przed niebezpieczeństwem i pomagał w krytycznych sytuacjach, tak jak niegdyś Tessie Gray. Pamiętaj tylko, aby nie nadużywać jego pomocy. Żegnaj Clarisso.

-Nie czekaj... - zaczęła, jednak urwała.

Anioł zaczął blednąć i znikać, a gdy już go nie było ściany i podłoga pomieszczenia zaczęły pękać. Clary nie bała się jednak. Spokojnie czekała, aż pokój się rozpadnie. Nastąpiło to po chwili. Zaczęła spadać w dół. Coraz szybciej i szybciej. 

 Tego dnia obudziła się pełna energii. Cieszyło ją, że nie miała koszmarów. Nie wiedziała, czy to przez to, że Jonathan został trochę dłużej w jej pokoju czekając, aż zaśnie, czy przez to, że mu wybaczyła i ,,zrobiła ogromny krok w przód" . Słońce przyjemnie grzało jej nagą skórę. Założyła ręce pod głową i patrząc na sufit odetchnęła głęboko. Na twarzy miała szeroki uśmiech. Chyba po raz pierwszy w tym miejscu była na prawdę szczęśliwa. Wtedy sobie coś przypomniała. Za parę dni ma urodziny. Mimo iż powinno ją to cieszyć jej ciało stężało. Bała się. Bała się Valentina i tego, co może zrobić. On był nieobliczalny. Powróciła do niej rozmowa z aniołem. Nie mogła dać wiary, że Razjel nawiedził ją we śnie. Wiadomość, którą jej przekazał musiała być bardzo ważna i była. 

-Muszę zabić ojca - wyszeptała do siebie przerażona. 

Nie miała pojęcia, jak tego dokona. Musiała spróbować. Musiała być silna i walczyć. Nie wiedziała jednak, czy da radę to zrobić. 



-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Witajcie. Napisałam po długiej przerwie. Czy rozdział mi się podoba? Sama nie wiem. Pozostawiam ocenę wam. Zachęcam do komentowania to na prawdę motywuje. 

Pozdrawiam :*