piątek, 26 czerwca 2015

Wybaczcie

Niestety, ale chyba mój mózg musi trochę odpocząć. Od dłuższego czasu nie mogę napisać rozdziału. Pomysły i chęci są, ale nie mogę napisać ani jednego sensownego zdania. Powrócę jak przejdzie mi Hmm... To. Nie wiem jak to nazwać. Także przepraszam i do zobaczenia. ;( :*

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 22: W życiu trzeba wybaczać

   Od trzech godzin Luke, Jace, Alec, Isabelle, Maryse, Robert i Hodge siedzą w bibliotece i myślą co dalej robić. Maxowi nie pozwolono uczestniczyć w tym zebraniu, ponieważ był za młody. Chłopiec nienawidził, gdy ktoś nazywa go małym i nie pozwala uczestniczyć w rozmowach.Nikt nie wiedział, gdzie jest Clary lub chociażby, gdzie zacząć szukać. Jace był załamany, ale starał się tego nie okazywać. Dlaczego teraz? Dlaczego ona? Czego to musi spotykać akurat mnie? Mnóstwo pytań krążyło po jego głowie. Wiedział jedno- zabije tego drania Jonathana i Valentina. Nie daruje im tego. Odkąd nie ma rudej chłopak przeżywa katusze myśląc, czy dziewczyna jest cała i zdrowa, czy jest torturowana, czy jeszcze żyje? Nie, nie myśl o tym. Musi mieć nadzieję, mimo iż trzymanie się nadziei jest głupotą. Niestety tylko to mu pozostało.

-Nie wiadomo nawet, gdzie szukać. Oni mogą być wszędzie, a runy nie działają - stwierdził poddenerwowany Jace.

-Luke, a może ty wiesz, gdzie oni są. w końcu byłeś parabatai Valentina - prosiła Maryse.

Mężczyzna przyłożył rękę do podbródka i go potarł w zamyśleniu. Zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Zmarszczył brwi by po chwili otworzyć szeroko oczy i spojrzeć na Maryse.

-Nie jestem pewien, ale chyba wiem, gdzie teraz są.

***

   Siedzi tu już chyba cztery dni. Służba przynosi jej wszystkie posiłki do pokoju. Nie zamierza widzieć więcej Valentina na oczy i dotrzyma słowa. Nurtuje ją jednak kwestia jej matki. Co z nią jest? Czy jest zdrowa? A jeśli tamten sen...? Nie, nie może tak myśleć. Jej mama żyje i nic jej nie jest. Zapewne teraz siedzi w pokoju i rysuje coś farbami. Dziewczyna niewiele zjadła przez te kilka dni. Zmuszała się tylko, aby coś zjeść pod namowami Jonathana, który często ją odwiedzał. Nie mogła nadal w to uwierzyć, ale przy niej jest on całkiem inny. Nie raz słyszała kłótnie Valentina z nim. Potem słychać było stłumiony krzyk brata i cisza. Martwiła się o niego. Mogłaby przysiąc, że Morgenstern go bije i to nie lekko. Pytała się go potem, jak do niej przychodził, czy wszystko w porządku. On wtedy potakiwał i uśmiechał się przekonująco. Ale Clary widziała w jego oczach ból i smutek. Wiedziała, że Jonathan nie chce jej martwić, ale nie mówiąc jej o niczym, Clary martwiła się sto razy bardziej. W nocy nawiedzały ją coraz to gorsze koszmary. Często był w nich Valentine i Jonathan. Nie mogła już tak dłużej. Wszystko ją bolało po nieprzespanych nocach. Miała sine worki pod oczami. Chciała już wrócić do Instytutu z mamą i Jonathanem. Chciała zobaczyć Simona, Izzy, Aleca i Jace' a. Za Jace' em tęskniła chyba najbardziej, mimo iż ją denerwował, ale przecież ona go... kocha. Właśnie sobie uświadomiła, że mu tego nie powiedziała. Pomimo wzruszających wyznań chłopaka nadal miała wątpliwości, czy nie zabawi się nią chwilę, rzuci i weźmie się za następną naiwną dziewczynę. Czuła, że to by było za piękne, żeby taki przystojny chłopak, jak Jace kochał taką osobę, jak ona. Jej rozmyślania przerwało otwieranie i zamykanie drzwi. Odwróciła wzrok od okna i skierowała go na gościa. Był nim jej brat. Jonathan ubrany był w strój bojowy Nocnego Łowcy. Włosy miał w nieładzie. Cały jego strój był poszarpany i poplamiony krwią. Nie zielonkawą lub żółtą posoką demona, tylko... szkarłatną krwią. Clary patrzyła na niego z szokiem i przerażeniem. Odsunęła się trochę od niego opierając plecy o ścianę. Jonathan patrzył na nią błagalnym wzrokiem. Wyciągnął zakrwawioną i lekko drżącą rękę w stronę siostry, ale zawahał się i opuścił ją z powrotem wzdłuż ciała.

-Clary... ja nie wiem co powiedzieć... Ja... nie... nie chciałem -jąkał się. Po chwili spuścił głowę i dodał: - Ja... ja ją zabiłem.

Dziewczyna zaczęła powoli kręcić głową, z jej oczu pociekły łzy. Osunęła się na podłogę, podkuliła kolana i objęła je rękami. Oddychała głęboko nadal kręcąc głową. Jej brat kogoś zabił. On miał się zmienić. Czy wszystkie te godziny spędzone z nim nic nie dały? Przecież już się zmieniał. Wszystko poszło na marne? On nigdy się nie zmieni? Nie da się go uratować? Jonathan cierpliwie czekał, aż Clary się uspokoi. 

-K-k-kogo zabiłeś? - spytała w końcu drżącym głosem. 

-Kobietę, która sprzeciwiła się Valentinowi. Ja nie wiem co się stało. Ojciec kazał mi ją zabić, a ja nie myśląc o niczym, to zrobiłem. Miecz wszedł gładko w jej wiotkie ciało. Na twarzy do ostatniej chwili miała wyraz szoku. Krew była wszędzie. Dopiero w tedy do mnie dotarło, co zrobiłem. Nie mogłem patrzeć się w jej puste oczy. Uciekłem. Pobiegłem prosto do twojego pokoju. Nie powinienem był tego robić, powinienem od razu odmówić, sprzeciwić się ojcu - powiedział załamanym głosem. - Jestem potworem - dodał szeptem. 

Słysząc jego udręczony głos Clary podniosła na niego wzrok. Momentalnie opanowała emocje. Musiała być silna, inaczej cały jej czas poświęcony Jonathanowi pójdzie na marne. Nie mogła pozwolić sobie na chwilę słabości. On się zmienia, przecież to widziała, widzi. Nie mogła go teraz znienawidzić i zostawić samemu sobie. Wiedziała, że będzie ciężko i to wymaga czasu. Nie podda się, gdy jest już tak blisko celu. Będzie walczyć do końca. Wierzy, że jej się to uda. Wstała na chwiejnych nogach i powoli podeszła do brata. Ten widząc, że się do niego zbliża podniósł głowę i spojrzał na jej twarz. Clary wyciągnęła rękę, aby dotknąć jego policzka. Jonathan cofnął się raptownie, a jego oczy pociemniały. Nie, nie, nie! To nie może być prawda! Nie mogła go znów stracić! Postanowiła jednak się opanować i spróbować ponownie. 

-Jonathanie nie jesteś potworem. Nawet tak nie myśl. Nie było mnie wtedy przy tobie. Nie widziałam, jak to się zdarzyło, ale wierzę, że nie chciałeś tego. Żałowałeś swojego czynu i to się liczy. Proszę daj sobie pomóc - mówiła błagalnym tonem. - Straciłam już ojca. Nie mogę stracić także brata. 

Jego wzrok złagodniał, a do oczu powróciła zieleń. Niepewnie podszedł do Clary i rozłożył ręce. Nie chciał się narzucać. Dziewczyna pewnie przytuliła się do brata i nie przejmując się tym, że pobrudzi się krwią, położyła głowę na jego ramieniu. Jonathan trzymał ją w ciasnym uścisku, jakby się bał, że jego siostra zaraz zniknie. Wtulił swój nos we włosy dziewczyny. Trwali tak w ciszy wsłuchując się w bicie swoich serc.

-Nie stracisz mnie. Obiecuję - szepnął jej do ucha.  

Clary zacieśniła jeszcze bardziej uścisk, zacisnęła mocniej oczy. Nareszcie ma brata. Nie mogłaby być na niego wściekła widząc jego smutny wzrok. Przyznał jej się do tego i żałował tego co zrobił. Z kąta oka na policzek spłynęła jej łza szczęścia. Była coraz bliżej sukcesu. Już niedługo będzie mogła wraz z Jonathanem i Jocelyn uciec z tej nory. Bała się jednak trochę, że nie wystarczy jej cierpliwości i siły, aby wszystko poszło po jej myśli. Wiedziała, że będzie się starać. Już niedługo, niedługo. Odsunęli się od siebie powoli. Ubranie Clary, tak, jak przypuszczała, było całe we krwi. Uśmiechnęła się do brata, a on odwzajemnił gest. Wtedy jakby sobie coś przypominając odsunął się trochę od siostry i przybrał smutny wyraz twarzy.

-Clary... czy ty mi wybaczysz to co zrobiłem? - spytał niepewnie.

-Oczywiście, że ci wybaczam - odpowiedziała pewnie dziewczyna.

***

  Znajdowała się w białym pomieszczeniu. Nie było tutaj ani okien, ani drzwi, a mimo to było przeraźliwie jasno. Ostre światło kłuło ją w oczy. Rozglądała się dookoła, ale nie było wkoło nikogo. Podeszła do ściany i przyłożyła do niej wpierw dłoń, a potem ucho. Nasłuchiwała, cisza. Zmarszczyła zirytowana brwi i przycisnęła ucho jeszcze bliżej ściany. 

-Clarisso - przemówił ktoś. 

Clary podskoczyła przerażona. Odwróciła się powoli i spojrzała na przybysza. przynajmniej próbowała, ponieważ osoba, która przed nią stała emanowała takim blaskiem, że dziewczyna musiała przymknąć oczy by cokolwiek widzieć. Po chwili jej oczy przyzwyczaiły się trochę do światła. W pomieszczeniu ku jej zdziwieniu nie było człowieka, tylko ogromny anioł. Ubrany był w złotą zbroję. Jego złoto-białe skrzydła były jednocześnie majestatyczne, ogromne i delikatne. Na końcu każdego pióra znajdowało się coś na kształt oka. Przy każdym nawet delikatnym machnięciu skrzydłami zrywał się bardzo silny wiatr. Szata anioła lekko powiewała. Jego włosy były nienaturalnie złote, a może bardziej żółte? Tego Clary nie umiała stwierdzić. 

-Witaj Clarisso Adele Morgenstern. Jestem Razjel, stwórca Nefilim - mówił dźwięcznym, mocnym i melodyjnym zarazem głosem. - Przybyłem, aby ci pomóc. 

-W czym pomóc? - spytała cicho i słabo Clary. 

-Muszę ci z przykrością oznajmić, że twojego ojca, Valentina Morgensterna nie da się już uratować. Trucizna faerie za bardzo zniszczyła jego serce i mózg. Musisz go jak najszybciej zabić. 

-Ale dlaczego mi powierzasz to zadanie? Nie jestem wyszkoloną Nocną Łowczynią. 

-Powierzam ci tą misję, ponieważ masz wyjątkowy dar. W twoich żyłach płynie więcej krwi anioła niż w innych Nefilim. Niektóre anioły domagały się nawet, abyś wstąpiła w nasze szeregi. Powstrzymałem ich jednak przed tym, ponieważ twoim przeznaczeniem jest uwolnić ten świat od zła. Pomogą ci w tym twoi przyjaciele i rodzina. Pamiętaj nigdy ich nie odtrącaj i chroń za wszelką cenę. 

-Dobrze - odparła pewniej. 

-Ponieważ prawdopodobnie jest to nasze ostatnie spotkanie przydzielam ci do ochrony i pomocy mojego brata Ithruriela. To jego krew masz w żyłach. Połączeni jesteście silną więzią. Ithruriel będzie cię chronił przed niebezpieczeństwem i pomagał w krytycznych sytuacjach, tak jak niegdyś Tessie Gray. Pamiętaj tylko, aby nie nadużywać jego pomocy. Żegnaj Clarisso.

-Nie czekaj... - zaczęła, jednak urwała.

Anioł zaczął blednąć i znikać, a gdy już go nie było ściany i podłoga pomieszczenia zaczęły pękać. Clary nie bała się jednak. Spokojnie czekała, aż pokój się rozpadnie. Nastąpiło to po chwili. Zaczęła spadać w dół. Coraz szybciej i szybciej. 

 Tego dnia obudziła się pełna energii. Cieszyło ją, że nie miała koszmarów. Nie wiedziała, czy to przez to, że Jonathan został trochę dłużej w jej pokoju czekając, aż zaśnie, czy przez to, że mu wybaczyła i ,,zrobiła ogromny krok w przód" . Słońce przyjemnie grzało jej nagą skórę. Założyła ręce pod głową i patrząc na sufit odetchnęła głęboko. Na twarzy miała szeroki uśmiech. Chyba po raz pierwszy w tym miejscu była na prawdę szczęśliwa. Wtedy sobie coś przypomniała. Za parę dni ma urodziny. Mimo iż powinno ją to cieszyć jej ciało stężało. Bała się. Bała się Valentina i tego, co może zrobić. On był nieobliczalny. Powróciła do niej rozmowa z aniołem. Nie mogła dać wiary, że Razjel nawiedził ją we śnie. Wiadomość, którą jej przekazał musiała być bardzo ważna i była. 

-Muszę zabić ojca - wyszeptała do siebie przerażona. 

Nie miała pojęcia, jak tego dokona. Musiała spróbować. Musiała być silna i walczyć. Nie wiedziała jednak, czy da radę to zrobić. 



-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Witajcie. Napisałam po długiej przerwie. Czy rozdział mi się podoba? Sama nie wiem. Pozostawiam ocenę wam. Zachęcam do komentowania to na prawdę motywuje. 

Pozdrawiam :*
    


niedziela, 31 maja 2015

Przepraszam ;(

Z przykrością ogłaszam, iż rozdział może pojawić się dopiero za tydzień. Mam dużo sprawdzianów i muszę się z historii poprawić. Ogólnie nie mam czasu prawie na nic. Mam nadzieję, że to zrozumiecie i nie opuścicie mojego bloga.

Do zobaczenia :')

niedziela, 24 maja 2015

Rozdział 21: Zmiana

   Krzyknęła przerażona, gdy odwróciła głowę i ujrzała tuż przed sobą Jonathana. Złapała się jedną ręką za serce, a drugą podparła się, aby nie opaść na łóżko. Jej oddech był głęboki i nierówny. Patrzyła szeroko otwartymi oczami to na brata, to na zamknięte drzwi wejściowe. Jak? Kiedy? Dlaczego? Wiele pytań krążyło po jej głowie, lecz nie mogła wydobyć z siebie głosu, aby je zadać. Jonathan zaś stał i przyglądał się uważnie Clary ze spokojem. Nie zanosiło się, że cokolwiek powie. Po paru minutach oddech jej się uspokoił i mogła już mówić, jednak jej głos lekko drżał.

-Jak... jak się tu dostałeś? - jąkała się.

-Zapomniałaś o moich mocach? Teleportacja - powiedział, a po chwili dodał. - Uprzedzając twoje kolejne pytanie przybyłem tu, aby sprawdzić czy nic ci nie jest, bo krzyczałaś i to bardzo głośno. Nie powinnaś się tak wydzierać. Ciesz się, że nie obudziłaś ojca.

-Ale... - zaczęła. - Ja... ja... cię przepraszam. Nie chciałam cię obudzić.

Spuściła głowę powstrzymując cisnące się jej do oczu łzy. Pamięta koszmar doskonale. Ciągle wiruje on w jej umyśle, nie pozwalając o nim zapomnieć. Ścisnęła rękami prześcieradło i zacisnęła mocno powieki. Widząc w jakim stanie jest jego siostra, Jonathan usiadł na łóżku. Wahał się przez chwilę, ale w końcu położył swoją dłoń na ramieniu dziewczyny. Spojrzała na niego swoimi szmaragdowymi oczami, w których zbierały się już łzy. Jej włosy były w całkowitym nieładzie, pod oczami miała sińce. Dolna warga Clary lekko zadrżała. Nie mogła już wytrzymać. Nie zważając na nic wybuchła płaczem przysuwając się bliżej brata. Ku jej zdziwieniu nie odepchnął jej, ani się nie odsunął, a nawet przytulił ją i potarł ręką jej plecy.

-Co się stało? Dlaczego krzyczałaś? Dlaczego teraz płaczesz? - zasypał ją pytaniami.

-Miałam koszmar, a teraz ty i... - wybełkotała wybuchając jeszcze większym płaczem.

Jonathan już więcej o nic nie pytał. Pozwolił jej się wypłakać. Przytulał ją opiekuńczo i głaskał po plecach. Nie było trzeba żadnych słów. Ona chciała tylko, aby ktoś teraz z nią był. Te wszystkie koszmary ją przytłaczały. Od początku tego wszystkiego powtarzała sobie prawie każdego dnia ,,Dlaczego moje życie musi być takie popieprzone?" . Nie chciała tego. Nie chciała być jakimś Nocnym Łowcą. Nigdy nie chciała takiego życia. Siedzieli tak dobrą godzinę zanim Clary uciszyła trochę szalejące emocje. Odsunęła się od brata, wytarła mokre policzki i spojrzała mu w oczy. Były na wpół zielone. Uśmiechnęła się na ten widok.

-Przepraszam cię za to. Nie powinnam była płakać. Powinnam być silna i nie okazywać po sobie słabości. A ja zachowuję się gorzej niż nie jeden Przyziemny. Nie jestem prawdziwą Nocną Łowczynią. - Spuściła głowę na swoje ręce.

-Nie mów tak - powiedział ujmując jej podbródek, zmuszając w ten sposób, aby na niego spojrzała. - Każdemu zdarzają się chwile słabości. Nie powinniśmy się tego wstydzić. Bez emocji bylibyśmy tylko robotami. Masz pełne prawo do ich okazywania, a zwłaszcza dlatego, że niedawno dowiedziałaś się o świecie, o którym nawet ci się zapewne nie śniło. Nie jedna osoba popadłaby w depresję na twoim miejscu, ale ty byłaś i jesteś silna. Nigdy o tym nie zapominaj.

Oszołomiona jego słowami Clary nie mogła przez dłuższy czas wydusić słowa. Nie mogła w to uwierzyć. Czy jej naprawdę udało się jej już trochę go zmienić? A może to tylko sen, z którego zaraz się obudzi?

-Nie wiem co powiedzieć. Dziękuję - wydusiła. Zebrała się w sobie i dodała: - Jeśli chcesz wiedzieć dlaczego krzyczałam...

-Nie musisz mówić jeśli nie chcesz - przerwał jej.

-Tak wiem, ale ja chcę. - Uśmiechnęła się serdecznie. - Bo chodzi o to, że miałam zły sen i chyba wychodzi na to, że krzyczałam przez sen. A wiesz... ten koszmar dotyczył ciebie i kiedy ty do mnie przyszedłeś coś we mnie pękło. Przypomniałam sobie o wszystkim, o tym co mi zrobiłeś, o moich koszmarach, o moich bliskich, których zostawiłam bez słowa wyjaśnienia i coś we mnie pękło.

-Rozumiem cię - stwierdził. - Ja nauczyłem się panować nad emocjami. początki były trudne, ale w końcu mi się udało. Chcę, żebyś wiedziała, że twoje towarzystwo jakoś na mnie dziwnie wpływa. Udaje mi się przy tobie wydobyć swoje dawno zapomniane emocje. Zmieniasz mnie Clary. Nie wiem, co to jest, ale czuję, że to co się ze mną dzieje jest dobre. Chyba muszę już wracać, bo jak ojciec mnie tu zastanie... - Wzdrygnął się.

-Jeszcze raz dziękuję... bracie. - Uśmiechnął się słysząc to słowo wypowiedziane z jej ust. - Nie chcę, żebyś miał przeze mnie kłopoty, także idź już.

Jonathan kiwnął głową i zniknął. Clary dalej nie mogła uwierzyć w jego moce. Wiedziała od Magnusa, że ona także ma jakieś moce, ale jeszcze się nie ujawniły. W to też nie mogła uwierzyć. Odetchnęła głęboko i wstała z łóżka. Była dopiero 5:30, ale wiedziała, że już i tak nie zaśnie. Nie zamierzała wychodzić z tego pokoju. Nie chciała widzieć już więcej Valentina.

   Po godzinie była już w pełni odświeżona. Ubrania z szafy rzeczywiście były w jej rozmiarze i za to dziękowała losowi. Niestety przeważały w niej sukienki. Te kreacje zostawiła na później. Jak na razie planowała chodzić wyłącznie w spodniach. Nienawidziła sukienek. Wiedziała jednak, że będzie musiała je kiedyś założyć, ponieważ w szafie były tylko 3 pary spodni i 5 par bluzek. Resztę zajmowały sukienki, swetry, kurtki i spódnice. Z butami było jednak gorzej. Miała do dyspozycji jedynie szpilki i koturny. Dzisiaj wybrała koturny, bo uważała, że w nich będzie jej łatwiej chodzić. Nic bardziej mylnego, jednak wiedziała, że w szpilkach by się zabiła.

***

   Clary nie ma dopiero dzień, a Jace już odchodzi od zmysłów. Zaraz po uspokojeniu myśli powiadomił wszystkich o porwaniu dziewczyny. Wychodził właśnie z kuchni, gdy zadzwoniły dzwony Instytutu. Ktoś chce się dostać do środka. Szybko dotarł do ogromnych drzwi i je otworzył. Ujrzał przed sobą barczystego mężczyznę. Jego włosy już powoli siwiały, a oczy miał koloru niebieskiego. Widać było, że jest wykończony. Sińce pod oczami, sporo zmarszczek wkoło oczu i ust. Nie był to Nefilim, nie miał znaków.

-Witam. Jestem Luke Garroway, przywódca Nowojorskiego stada wilkołaków. Czy jest tu Clarissa Fray?



------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Witajcie. Strasznie was przepraszam. Nie ma mnie tyle czasu i wstawiam takie... gówno. :(
Sprawdzianów cały czas mi przybywa, także kolejny rozdział może się nie pojawić długo.
Jeszcze raz przepraszam. :(

niedziela, 17 maja 2015

LBA




 Bardzo dziękuje za nominację od Clary Herondale. Jestem naprawdę szczęśliwa. :D







Pytania od Clary: 

1. Jaką cechę cenisz sobie najbardziej u ludzi?
 Szczerość i  lojalność.

2. Ulubiony cytat.
 Nie umiem wybrać jednego, dlatego napiszę parę. :D

,, -Mogłaś dać mi przeszłość - powiedział z lekkim smutkiem. - Alec to moja przyszłość" . 
Miasto Upadłych Aniołów 

,,Odkąd się dowiedziała, że Jonathan żyje, zastanawiała się, dlaczego jej matka płakała w każde jego urodziny. Dlaczego płakała, skoro go nienawidziła? Teraz Clary zrozumiała. Jocelyn opłakiwała dziecko, którego nigdy nie miała, swoje marzenia o synu i o tym, jaki będzie. I płakała, że nie zabiła go, zanim się urodził. I tak jak jej matka przez lata, tak teraz Clary stała nad brzegiem Lustra Anioła i opłakiwała brata, którego nigdy nie miała, chłopca, który nigdy nie dostał szansy na normalne życie. (...) Opłakiwała Simona i dziurę w swoim sercu, która po nim pozostała. Smuciła się, że będzie tęsknić za nim każdego dnia aż do śmierci. I płakała nad sobą i zmianami, które w niej zaszły, bo czasami nawet zmiana na lepsze jest jak mała śmierć. 
   Jace stał u jej boku i w milczeniu trzymał ją za rękę, aż prochy Jonathana zatonęły w wodzie, nie zostawiając po sobie śladu" . 
Miasto Niebiańskiego Ognia

,,Mówisz, że kochasz deszcz, a rozkładasz parasol, gdy zaczyna padać. 
Mówisz, że kochasz słońce, a chowasz się w cieniu, gdy zaczyna grzać. 
Mówisz, że kochasz wiatr, a zamykasz okno, gdy zaczyna wiać. 
Właśnie dlatego boję się, gdy mówisz, że kochasz mnie" . 
William Szekspir
 

3. Wolisz mieć mnóstwo znajomych czy jednego, prawdziwego przyjaciela?
Jednego, ale prawdziwego. :3

4. Ulubiona piosenka.
Psycho-List

5. DA czy DM? Dlaczego?
Nie umiem wybrać, przepraszam. :'(

6. Skąd wiadomo, że ktoś kłamie?
Ma niecierpliwe gesty lub uśmiecha się sztucznie.

7. Jak brzmiałby tytuł Twojej autobiografii?
Człowiek pełen tajemnic, ze zmiennym humorem.

8. Czego boisz się najbardziej?
Chyba samotności, nie no może jednak robali. :/

9. Czym jest dla Ciebie miłość?
Bardzo silnym uczuciem do drugiej osoby i w dodatku odwzajemnionej. Coś jak Clary i Jace albo Tessa, Will i Jem. :D

10. Czego nie można wybaczyć?
Zdrady i tu chodzi mi o różne znaczenia tego słowa. Ja do tej pory nie wybaczyłam przyjaciółce zdrady. :'(

11. Gdzie spotkałaś swojego najlepszego przyjaciela?
W przedszkolu. To były czasy♥



Przepraszam, ale nikogo nie nominuję. :( 

Rozdział 20: Uratuję cię... bracie.

   Przed nimi stał sobie jakby nigdy nic Jonathan. Jego postawa wyrażała pewność siebie i arogancję. Ubrany był na czarno. Miał na sobie skórzaną kurtkę, która przy każdym jego ruchu wydawała piskliwy odgłos. Jace stanął przed Clary chcąc ją odgrodzić od brata, a w razie czego i obronić przed nim. Gdyby tylko coś to dało?

-Witaj siostrzyczko. Stęskniłaś się? - spytał Jonathan. Jego twarz była rozciągnięta w złowieszczym uśmiechu. Z oczu biła mroczna czerń.

-Zostaw ją w spokoju! - krzyknął Jace.

Morgenstern zaśmiał się bez cienia wesołości. Zbliżył się. Clary przyjrzała się dokładniej jego oczom. Próbowała wychwycić w nich zieleń z jej snów, ale nic nie zobaczyła. Kiedy jej brat spostrzegł, że siostra przygląda mu się bacznie z troską w oczach jego wzrok na sekundę złagodniał. W oczach błysnął mu cień zieleni, lekki, ale zauważalny. Serce Clary zaczęło bić szybciej. Dziewczyna miała nadzieję na uratowanie brata. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana.

-Clary powiedz temu idiocie, żeby się odsunął. Wiem, że ci na nim zależy, ale skrzywdzę go, jak nie będę miał wyboru.

Ruda wyszła przed Jace' a. Ten chciał ją zatrzymać, lecz ona pokręciła smutno głową i szepnęła:

-Ja muszę go uratować zrozum.

Jej brat uśmiechał się dumnie. Clary podeszła do niego i pozwoliła sobie położyć rękę na ramieniu. Szczęka Jace' a zgrzytnęła, a on sam rzucił się na Jonathana. Niestety nie dosięgła go jego pięść, ponieważ ani Morgensterna ani Clary już nie było. Rozpłynęli się w powietrzu. Zdezorientowany i wściekły na samego siebie obrócił się dookoła. Jak to możliwe? Przeczesywał wszystkie krzaki wierząc, że po Jonathan schował się gdzieś z Clary. Nie dawał za wygraną.

-Oni muszą gdzieś tutaj być - szeptał zdesperowany.

Zajrzał pod każdy krzak. Sprawdził każde drzewo. Nic. W końcu wyczerpany usiadł na ławce, na której nie tak dawno siedział z rudą i spojrzał w górę. W suficie była spora dziura wybita przez Morgensterna, odłamki szkła leżały dookoła Jace' a, lecz on nic sobie z tego nie robił. Przyglądał się gwiazdom, bardzo dobrze widocznym przez wybity sufit. Westchnął cicho i spuścił głowę podpierając ją rękami. Pierwszy raz kogoś pokochał. Nigdy nie czuł się tak szczęśliwy, jak przy niej. Ona go zmieniała. Zmieniała na lepsze. Właśnie dowiedział się, że Clary odwzajemnia jego uczucie, ale jego miłość odeszła. Została zabrana przez swojego brata do tego potwora, do Valentina. Pełna rezygnacji i bezradności łza pociekła po jego policzku. Pierwszy raz płakał od wielu lat. Wytarł ją pospiesznie i zacisnął dłonie w pięści marszcząc brwi.

-Znajdę cię. Nie poddam się tak łatwo - szepnął i ruszył do wyjścia.


***


   Czuła się jakby jej ciało chciało się rozerwać na strzępy. Brat nadal ściskał ją za ramię. Clary poczuła nagle zdziwiona, że wiruje, nie, oni wirują. Dookoła było czarno. Jakby spowijała ich mroczna mgła i ich gdzieś niosła. Wtedy mgła się rozwiała. Dziewczyna chciała się rozejrzeć i zobaczyć, gdzie jest, lecz jej nogi były jak z waty, a obraz się zamazywał. Przed upadkiem uchroniły ją jakieś silne ramiona. Spojrzała zamglonym wzrokiem na osobę, która ją trzymała. Tą osobą okazał się być Jonathan. Wydawało jej się, że patrzy na nią z troską, ale jak wzrok jej się pojawił na jego twarzy nie było żadnych uczuć, może tylko nuta zniecierpliwienia. Wpatrywała się w jego oczy, czarne jak węgiel. Tak bardzo pragnęła ujrzeć tą przepiękną zieleń. Niestety nie znalazła nic więcej, jak tylko czerń. Jonathan powoli się podniósł dalej trzymając ją za ramiona. 

-Co... co to było? Gdzie ja jestem? Jak się tu znalazłam? - zasypała go pytaniami. 

-Lubisz zadawać pytania co? - stwierdził. - Przeteleportowaliśmy się, jest to jedna z wielu moich mocy. Ty też je masz. Jesteśmy w drugiej, tajnej rezydencji Morgensternów. 

-A więc musi być tu też... - zaczęła. 

-Nasz ojciec? Tak jest tu i cię oczekuje - dokończył. 

Clary odskoczyła od niego jak oparzona. 

-Nie pójdę do niego! Nie chcę widzieć go na oczy! On porwał moją matkę! - krzyczała.

-Ciszej - syknął. - Tutaj ściany mają uszy, a wiedź, że Valentine nawet nie mrugnie okiem, kiedy będzie cię karać za znieważanie go. I nie twoją, lecz naszą matkę, jak to ujęłaś porwał. 

-I tak do niego nie pójdę - powiedziała i skrzyżowała ręce na piersi. 

-Przykro mi nie masz wyboru, a poza tym to zachowujesz się strasznie dziecinnie - odrzekł i chwycił ją za ręce krępując je na plecach.

Dziewczyna nie mogła wydostać się z żelaznego uścisku brata. Nie miała wyboru. Musiała z nim pójść do ojca. Kroczyli przez kolejny korytarz. Wszystkie korytarze były wyłożone miękkimi dywanami, a na ścianach wisiały różne obrazy przedstawiające najczęściej Razjela. Clary stwierdziła, że rezydencja musi być ogromna. Doszli do wielkich drewnianych drzwi. Jonathan otworzył je i popchnął siostrę do środka zamykając za nimi drzwi. Pomieszczenie musiało być czymś w rodzaju gabinetu. Naprzeciwko drzwi było spore okna, a przed nim duże masywne biurko z ciemnego drewna. Było tu jeszcze trochę półek, na których stały książki i jeden regał stojący w rogu. Za biurkiem siedział barczysty mężczyzna. Valentine. Jego włosy były prawie białe. Oczy miał czarne, ale można było ostrzec w nich źrenicę, zapewne przez brązowe plamki przy nich. Jonathan stanął przy biurku i kiwając głową dał jej do zrozumienia, żeby podeszła bliżej. Clary powoli podeszła do krzesła stającego przed biurkiem. Starała się nie okazywać strachu, ale jej serce biło w zawrotnym tempie, a myśli tworzyły niepocieszające scenariusze. 

-Witaj Clarisso. Niezmiernie się cieszę, że w końcu tu jesteś. Nawet nie wiesz ile musiałem się natrudzić, aby znaleźć sposób w dostaniu się do Instytutu, ale było warto. 

Clary patrzyła na niego wrogo, mocno zaciskając wargi. 

-Gdzie jest moja matka? - wysyczała. 

Valentine zmarszczył brwi zdenerwowany. 

-Jak śmiesz odzywać się do mnie takim tonem. Może powinienem nauczyć cię dobrych manier? 

Domyślała się, co może to oznaczać. Kara, o której wspominał Jonathan. Teraz żałowała, że nie umie powstrzymać swojego języka od palnięcia czegoś nieodpowiedniego. Z opowieści Magnusa wiedziała już wcześniej, że Valentine od zawsze był niecierpliwy i nie znosił, gdy ktoś go nie szanował. Jonathan stojący do tej chwili nieporuszony spojrzał niedowierzająco na ojca. Przeniósł swój wzrok jeszcze na oczy swojej siostry wyrażające strach i ponownie skierował spojrzenie na Valentina. 

-Ojcze chyba nie mówisz... - zaczął. 

-Ktoś musi ją nauczyć, jak ma się zwracać do swojego ojca! - przerwał mu. 

-Ale ojcze zrozum ją. Ona musi się bardzo martwić o swoją matkę, dlatego nie może powstrzymać emocji. Pozwól, że dopilnuję, aby jeszcze dziś poznała wszystkie zasady tu panujące. 

Valentine zamyślił się chwilę, rozważając słowa swojego syna. 

-No dobrze, ale jak jeszcze raz powtórzy się coś takiego to nie będę taki pobłażliwy. A teraz wyjdźcie! 

Morgenstern usiadł ciężko na krześle, kiedy Jonathan wyszedł w ekspresowym tempie z gabinetu chwytając po drodze roztrzęsioną Clary i ciągnąc ją za sobą. Szli w ciszy. Chłopak wyraźnie był zły, a może nawet wściekły. Dziewczyna zaś nadal nie mogła pozbierać się po tym wszystkim. Na samą myśl o jakiś torturach wymyślonych przez Valentina przeszły ją dreszcze. Dopiero wtedy jej brat skupił na niej wzrok. Zdjął swoją kurtkę i zarzucił ją na jej plecy. 

-Zimno ci? - spytał próbując opanować głos, jednak było w nim słychać złość. 

-Nie, ale dzięki - powiedziała otulając się jego kurtką. - Jesteś na mnie zły? - dodała po chwili. 

-A jak myślisz?! Przecież ci mówiłem, że Valentine nie lubi, jak się zwraca do niego w ten sposób. Także uważaj, bo drugi raz się za tobą nie wstawię - powiedział wściekły. 

-Wcale nie musisz - odparła również zła przyspieszając kroku. 

Resztę drogi przebyli w ciszy. Clary szła trochę z przodu, dlatego, gdy Jonathan gdzieś skręcał musiała się wracać. Na prawdę myślała, że zmienienie go pójdzie jej łatwiej. Jak bardzo się myliła, jednak nie zamierza się poddać. Zawsze chciała mieć starszego brata, więc nie może stracić tej szansy. Zatrzymała się, gdy poczuła pociągnięcie za ramię. Jej brat stał przed jakimiś drzwiami, zapewne do jej nowego pokoju, a może raczej więzieniu. Zdjął rękę z jej ramienia i otworzył drzwi. 

-To będzie twój nowy pokój - powiedział obojętnie. - Ubrania masz w szafie. Mam nadzieję, że rozmiar będzie dobry. 

    Clary weszła do środka. Pokój był przyzwoitych rozmiarów. Naprzeciwko drzwi znajdowało się okno z fioletowymi zasłonami. Największą część łóżka zajmowało dwuosobowe łóżko z baldachimem, na którym leżało mnóstwo poduszek. Ściany miały lawendową barwę. Meble były zrobione z jasnego drewna. Na biurku leżały nawet przybory malarskie. Żyrandol miał zdobienia w postaci małych kryształków. Na lewo od drzwi wejściowych, a naprzeciwko łóżka były drzwi do łazienki. Clary nie chciało się już sprawdzać jej wyglądu. Była wykończona. Położyła się na łóżku i spojrzała na brata stojącego w drzwiach. 

-Jest przytulny i ładny. Szkoda tylko, że jest więzieniem. 

Wzrok Jonathana złagodniał. Wszedł powoli do pokoju zamykając drzwi i usiadł na łóżku koło Clary. Spojrzał na nią. Jego jasne włosy bardzo podobne do tych, które posiadał Valentine opadły mu na oczy. Odgarnął je niecierpliwym ruchem. 

-Nie mów tak. To jest twój dom. Jesteś z rodziną, powinnaś się cieszyć. 

-Tak - odparła smutno. - Nie jesteś taki zły? 

-Co? spytał zdziwiony. 

-Nie jesteś takim złym bratem, jak myślałam. 

Popatrzył na nią zdumionym wzrokiem. Widocznie nie mógł uwierzyć w jej słowa. Wtedy stało się coś niesamowitego. Jego oczy przybrały barwę ciemnej zieleni. Clary otworzyła szeroko oczy i uśmiechnęła się. 

-Twoje oczy - powiedziała i go przytuliła. 

Jonathan odwzajemnił uścisk, lecz po chwili odepchnął ją od siebie i wstał szybko. Patrzył na nią gniewnym wzrokiem. Po zieleni nie było ani śladu, a na twarzy dziewczyny widniało ogromnie zdumienie pomieszane ze smutkiem i zawodem. 

-Nigdy więcej tego nie rób! - krzyknął i wyszedł z pokoju trzaskając drzwiami. 

Zrezygnowana Clary opadła na miękkie poduszki. Samotna łza pociekła po jej policzku. Dlaczego on nie da sobie pomóc? A może ten demon jest za silny nawet na ich dwoje? A co jeśli...? Z rozszalałymi nadal myślami odpłynęła w sen. 

   Siedziała na ławce w parku i się śmiała. Obok niej siedział Jonathan. Spojrzała szybko w jego oczy. Uspokoiła się widząc znajomą zieleń. Przytuliła brata mocno do siebie. Odwzajemnił gest. 

-Dlaczego nie pozwalasz mi sobie pomóc? - spytała zrozpaczona.

-Ale ja chcę, żebyś mi pomogła. Niestety jeśli chcesz, żebym był taki. - Wskazał na siebie. - Musisz być cierpliwa i obdarowywać tamtego potwora uczuciami. Uczucia wszystko zrobią, trzeba tylko trochę czasu. Po paru dniach sama zobaczysz pierwsze efekty. Jednak musisz na mnie uważać, bo jak jestem zły mogę być nieobliczalny. Nie zdołam tego powstrzymać, dlatego musisz uważać. Nie darowałbym sobie do końca życie, gdyby coś ci się stało z mojej winy. Obiecujesz mi, że będziesz uważać? 

-Obiecuję - szepnęła. 

Odsunęła się od niego i wstała. Nagle niebo pociemniało. Clary ze strachem spojrzała na Jonathana. 

-Co się dzieje? - spytała. 

-Idzie po mnie - szepnął jakby do siebie. 

-Ale k... - Nie dokończyła, bo koło jej brata pojawiła się jakaś istota stworzona z mgły. Patrzyła na nią swoimi żółtymi ślepiami i wystawiła swoje ostre, jak igły zęby.

   Clary zaczęła kaszleć, gdy odór zgnilizny wdarł się do jej nozdrzy. Patrzyła z osłupieniem, jak bestia krępuje Jonathana, a ten zdesperowany próbuje się wyrwać. Jednak mu się to nie udaje. 

-Nie zdołasz go uratować. On jest mój! - wysyczał demon i wbił swoje długie oraz ostre pazury w pierś chłopaka. 

Nie minęła chwila, gdy białą koszulę Jonathana splamiła krew. Spojrzał pełnym smutku, nadziei i bezradności wzrokiem na Clary. Ona zaś nie mogła się ruszyć. Patrzyła przerażona na powiększającą się szkarłatną plamę na koszuli brata. Była jak sparaliżowana. Dopiero kiedy z ust chłopaka wypłynęła krew i opadł on na ziemię odzyskała mowę i swobodę ruchu. 

-Nie! Nie! Nie! - krzyczała. 

Upadła na kolana i poczołgała się w stronę trupa. Nie widziała już prawie nic przez wciąż napływające łzy. Chwyciła zimną rękę brata i ścisnęła ją mocno. Nie mogła pohamować szlochu. Demona już nie było, a na niebie znowu świeciło słońce. Krzyknęła pełna rozpaczy w przestrzeń. 

   Obudziła się zlana potem. Dotknęła swoich policzków, które były mokre od łez. Otarła je rękawem bluzki. Spojrzała na siebie. Spała w ubraniu i na dodatek nie brała prysznica. Westchnęła i usiadła ciągle myśląc o tamtym demonie. Podkuliła nogi i chwyciła je rękami szlochając. Nagle zesztywniała uświadamiając sobie, że nie jest sama w pokoju. Krzyknęła przerażona, gdy odwróciła głowę i ujrzała...
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Witajcie. :D  Jak myślicie kogo Clary zobaczyła? A co myślicie o Jonathanie i całej tej sytuacji? Ogólnie jak się wam rozdział podobał?  Zachęcam do komentowania.

Pozdrawiam :*

środa, 13 maja 2015

Rozdział 19: Niespodzianki

   Clary nie orientowała się gdzie idą, ale nie schodzili na dół, ani nie wchodzili na górę. Ciągle są na pierwszym piętrze. Z uśmiechem na twarzy szła kierowana przez Jace' a. Chciała iść dalej, lecz blondyn się nie poruszył. Zatrzymali się. Nie mogła już wytrzymać. Chciała wiedzieć co takiego chciał jej pokazać i dlaczego zakrył jej oczy. Dawne zmartwienia zniknęły. Pozostała tylko nienasycona ciekawość. Wtedy chłopak opuścił ręce ukazując dziewczynie nieduży pokój. Był to zwykły pokój, natomiast to co się w nim znajdowało poruszyło ją do łez. W pomieszczeniu były trzy sztalugi z naciągniętym płótnem. Na podłodze znajdowały się różne farby i różnych kształtów palety. Ściany miały barwę bladej żółci. Szczęśliwa odwróciła się w stronę Jace' a. Stał i przyglądał się jej z serdecznym uśmiechem. Nie wytrzymała i rzuciła się na niego. Przytuliła go najmocniej jak umiała, ale wiedziała, że on i tak nie poczuje bólu. Blondyn odwzajemnił jej uścisk. Clary płakała mu w koszulkę. Były to łzy niewyobrażalnej radości. Gdy opanował już trochę emocje odsunęła się od niego wciąż mając łzy na policzkach.

-Ale skąd wiedziałeś? - spytała.

-Pytałem Isabelle chyba z godzinę, co lubisz. Rozumiesz nie chciała mi tego powiedzieć - stwierdził urażony.

-To... to jest niesamowite. Musiałeś dużo na to wydać. - Uśmiech zszedł z jej ust.

-Dla ciebie wszystko.

-Co? Ale dlaczego dla mnie? - Czuła się tak jakby stado motyli chciało się wydostać na zewnątrz uderzając swoimi skrzydłami w jej żebra.

Zawahał się z odpowiedzią. Na jego twarzy wykwitł grymas. Potarł ręką kark.

-Bo... wiesz ja... - dukał. Wziął głęboki oddech i powiedział. - Od naszego pierwszego spotkania coś do ciebie czułem, a z każdym dniem to uczucie wzrastało. Nie wiedziałem jak ci to powiedzieć. Pierwszy raz się tak czułem. Clary musisz mi uwierzyć. Bo... ja... ja cię kocham.

Czekał na jej reakcję, lecz ona nic nie mówiła. Stała z otwartymi ustami i się w niego wpatrywała jakby był widmem. W końcu otrząsnęła się i przybliżyła do niego. On też się zbliżył. Ich twarze dzieliły milimetry. Clary przebiła barierę dzielącą ich usta. Zawiesiła swoje ręce na jego karku. Jace włożył swoje dłonie w jej rude włosy. Przechylił głowę pogłębiając pocałunek. Napierał językiem na jej wargi, a ona je rozchyliła. ich pocałunek był namiętny, ale zarazem delikatny. Clary jeszcze nigdy nie czuła się tak wspaniale. Oderwali się od siebie, gdy zabrakło im powietrza. Dziewczyna położyła swoją głowę na jego piersi. Przytuliła go do siebie i wciągnęła jego cudowny zapach. Podniosła głowę, by na niego spojrzeć. On także na nią spojrzał. Utonęła w jego złotych tęczówkach. Przybliżyła swoją twarz do jego i posłała mu szybkiego całusa.

-Ale mnie nie wykorzystasz jak inne? - spytała cicho.

Jace zesztywniał. Obawiała się, że powie jej, że ona nie jest nikim wyjątkowym, więc dlaczego z nią ma postąpić inaczej?

-Oczywiście, że cię nie wykorzystam. Clary. Rozumiesz, ja się po raz pierwszy zakochałem. Nigdy bym cię nie skrzywdził. Nie myśl nigdy o tym, ani o przeszłości. Byłem młody i bardzo głupi. Najwyraźniej szukałem w tamtych dziewczynach ciebie. I w końcu cię znalazłem.

Z policzków Clary znowu pociekły łzy. Ich usta połączyły się w pocałunku. Tym razem był on mniej natarczywy i wydawał się bardziej intymny. Kiedy odsunęli się od siebie Jace pociągnął rudą do wyjścia. Na korytarzu spojrzał na zegarek i się uśmiechnął.

-Gdzie mnie znowu ciągniesz? - spytała

-Chodź musisz jeszcze coś zobaczyć - powiedział w tym samym czasie.

Oboje się zaśmiali. Po chwili już trochę uspokojeni kontynuowali rozmowę.

-Ale nie zakryjesz mi tym razem oczu? - jęknęła. Nie lubiła bowiem, kiedy nie widzi, gdzie idzie.

-Oczywiście. No chodź, bo nie zdążymy.

   Clary patrzyła uważnie, gdzie idą, chcąc zapamiętać drogę. Była bardzo ciekawa, co on znowu wymyślił. Jeszcze chyba nigdy nie doświadczyła dwóch niespodzianek jednego dnia. No może w urodziny, ale to się nie liczy. Weszli po kręconych metalowych schodach. Jace zatrzymał się u szczytu i otworzył drzwi przepuszczając Clary przodem. Zaraz po wejściu do pomieszczenia poczuła intensywną woń kwiatów. Rozejrzała się dookoła. To było piękne. Wszędzie kwiaty, krzaki, małe drzewka. Większości z tych roślin nigdy w życiu nie widziała. Uroku temu miejsca dodawał także szklany sufit i ściany. Na niebie lśniły miliony gwiazd. Odetchnęła głęboko i się szeroko uśmiechnęła. Jej serce biło w zawrotnym tempie. Jednak się myliła co do Jace' a. Najwyraźniej mógł on być czuły, miły i po prostu ludzki. Odwróciła się do niego, lecz nie zdołała tego zrobić, ponieważ on przytulił ją od tyłu i muskał swoim nosem jej policzki. Po chwili się odsunął i chwycił Clary za rękę. Ruszyli wąskim chodniczkiem. Nad nimi zwisały drzewa podobne do wierzb, jednak nimi nie były. Dotarli do ławki i na niej usiedli. Dziewczyna wtuliła się w blondyna, a on objął ją i splótł swoje palce na jej brzuchu.

-Tu jest przepięknie - powiedziała Clary.

-Wiedziałem, że ci się spodoba - odrzekł.

Trwali tak jakiś czas w ciszy, zatopieni we własnych myślach. Clary myślała o tym co zwykle, ale tym razem do jej myśli wkradł się Jace i zajął je całkowicie. Wyobraziła sobie co by było, gdyby Valentine ich dopadł. Jej uśmiech zrzedł. Nie może na to pozwolić. Nie może pozwolić, aby któremuś z jej bliskich stała się jakaś krzywda. Nagle sobie coś przypomniała.

-Jace? - spytała.

-Hmm? - mruknął.

-Dlaczego boisz się kaczek?

-Co? Skąd to wiesz? - Spojrzał na nią zdziwiony.

-Isabelle się wygadała. - Uśmiechnęła się do niego. - Więc?

Ociągał się z odpowiedzią. Bardzo się tego wstydził. Jest najlepszym Nocnym Łowcą, doskonałym wojownikiem i w dodatku przystojnym. Gdyby inni dowiedzieli się, że się boi kaczek zepsułby sobie reputację. Niecierpliwie spojrzał na zegarek i gdy wskazywał on 23:59 odetchnął z ulgą i się uśmiechnął.

-Bardzo chętnie opowiedziałbym ci ten horror, ale nie w tej chwili. Patrz. - Wskazał palcem na spory krzak obok ławki.

-Co... - zaczęła i momentalnie przerwała.

Bijący zegar oznaczał północ. Zielone pączki na krzewie rozwinęły się momentalnie i zaczęły jakby pękać, wysypując żółty, błyszczący pyłek. Kwiaty wyglądały magicznie. Clary wydawało się jakby żyły one własnym życiem. Patrzyła ciągle w średniej wielkości kwiaty koloru fioletowo-różowego. Były niesamowite. Po paru minutach zaczęły więdnąć, a płatki opadać. Dopiero teraz ruda zorientowała się, że po raz kolejny płacze ze szczęścia. Stanął przed nią Jace z szczerym uśmiechem na twarzy. Nie mogąc się powstrzymać dziewczyna pocałowała go. Blondyn przygryzł jej dolną wargę. Oddychali nierówno, z każdą chwilą ich pocałunek stawał się głębszy. Odsunęli się od siebie dopiero, gdy zabrakło im powietrza. Ich oczy były pociemniałe od pożądania.

-Te kwiaty rozkwitają codziennie o północy. Chciałem, abyś to zobaczyła - powiedział dysząc ciężko.

-Często tu przychodzicie? - spytała opanowanym już trochę głosem.

-Nie. W sumie to nikt tu nie przychodzi oprócz mnie. Hodge woli siedzieć w bibliotece lub swoim gabinecie, a Izzy, Alec i Max mają alergię na pyłki.

-Chyba to będzie jedno z moich ulubionych miejsc tutaj. Zaraz jaki Max?

-Nie poznałaś go jeszcze? - W odpowiedzi pokręciła głową. - Cóż musieliście się mijać. Jutro was poznam, jest to brat Izzy i Aleca, ma 10 lat.

-Byłoby miło go poznać.

   Nagle szkło na suficie tuż nad nimi pękło. Jace ochronił Clary swoim ciałem przed spadającym szkłem, a ona skuliła się w jego ramionach. Usłyszeli za sobą głośne tupnięcie. Ktoś wskoczył do środka. Powoli odsunęli się od siebie i spojrzeli na intruza. Jace napiął wszystkie mięśnie i przybrał groźny wyraz twarzy, a Clary pobladła. Nie mogła w to uwierzyć.


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

No więc jest kolejny rozdział. Piszcie co o nim sądzicie. Jak myślicie, kto wpadł do oranżerii? :D  

Pozdrawiam :*