Mimo wielkiego zapału Clary, archanioł odprowadził ją do jej obecnego mieszkania i powiedział, że treningi zaczną jutro z samego rana. Dziewczyna nie była pewna, która godzina według aniołów i czasu w Niebie, obierana jest za wczesny ranek. Po dotarciu do pokoju, w którym się obudziła, Michał wyjaśnił jej, gdzie są poszczególne pomieszczenia. Gdy wyszedł, Clary położyła się na łóżku i odetchnęła głęboko. Nie mogła i nie chciała już rozpaczać nad swoim losem, bo miała szansę go trochę zmienić. Już do końca będzie marną podróbką anioła, ale jeśli będzie trenować, to będzie mogła wracać na Ziemię. To była dla niej ogromna motywacja. Postanowiła sobie, że zrobi wszystko, by jak najszybciej wrócić do bliskich. Nie zorientowała się nawet, kiedy zasnęła głębokim snem.
Parę godzin później
Obudziła się, słysząc szmer koło łóżka. Okazało się, że archanioł Michał chodził wzdłuż jej łóżka, czekając, aż się obudzi. Bez żadnego słowa wstała i udała się do łazienki, aby wziąć poranny prysznic. Dalej nie oswoiła się z myślą, że tu przebywa, ale nie dała tego po sobie poznać. Chciała być silna, bo miała szansę na powrót na Ziemię. Po szybkiej kąpieli, umyła zęby i przebrała się w nowe ubrania, które znalazła w szafie. Nie miała zbytnio dużego wyboru. Wszystkie ubrania były w odcieniach bieli lub jasnego różu, czy też błękitu. Śnieżnobiała koszulka i bardzo jasne, szare dresy, pasowały na nią idealnie. Gdy wyszła z łazienki i spotkała Michała zaraz przy niej, poszli prosto do wyjścia. Nie wiedziała dokąd prowadzi ją archanioł, a nie miała odwagi o to pytać. Całą drogę przebyli w ciszy. Kiedy doszli do ogromnych drzwi, Michał uniósł prawą rękę w ich kierunku, która zapłonęła złotym ogniem i narysował na nich runę otwarcia. Drzwi powoli otworzyły się z charakterystycznym kliknięciem. Pierwszy do pomieszczenia wszedł archanioł, zaraz po nim Clary. Dziewczyna otworzyła oczy zdumiona. Czuła się, jakby jej szczęka opadła, aż do samej podłogi. Pomieszczenie, w którym się znajdowali, było olbrzymie, choć z zewnątrz na takie nie wyglądało. Podłoga była z drewna. Było tutaj mnóstwo różnych urządzeń, drabinek, manekinów, a także broni. Clary nigdy nie widziała tak wielkiej sali treningowej. W Nowojorskim Instytucie takie pomieszczenie było również zachwycające, ale to tutaj biło wszystko na głowę. Sufit był cały z ciemnego szkła i prawdopodobnie był otwierany, ponieważ na ścianie była widoczna masywna wajcha. Na ścianach były malunki aniołów i wiele run. Z podziwiania sali wyrwał ją hałas blisko niej. Spojrzała w tamtą stronę. Michał rzucił na ziemię ciężkie i masywne buty oraz kaftan bezpieczeństwa.
- W tej sali będziesz używać tych butów. Myślę, że możemy zaczynać. Na początek musisz przede wszystkim wydobyć z siebie tkwiący w tobie ogień. Każdy anioł może zapalić coś machnięciem ręki. Jeśli to już opanujesz, przejdziemy do kontrolowania go.
- A po co ten kaftan? - spytała.
- Od tego zaczniemy. Zostaniesz w nim uwięziona, a twoim zadaniem będzie uwolnić się z niego, używając swoich mocy. Najłatwiej będzie ci go po prostu spalić.
Clary kiwnęła głową w odpowiedzi, a archanioł podał dziewczynie na początek te masywne buty. Po założeniu ich, Clary usiadła na krześle i pozwoliła założyć na siebie kaftan bezpieczeństwa, który został dość mocno związany na jej plecach. Nie wiedziała kompletnie, jak miała go spalić, przywołując ogień, o którym mówił jej Michał. Na początku próbowała wyobrazić sobie, że myślami powoli rozwiązuje kaftan, nic. Potem spróbowała tego samego, z tą różnicą, że wyobrażała sobie płonący kaftan. Ta próba również nie przyniosła żadnych rezultatów. Michał, który stał z boku milczący, co jakiś czas wybuchał śmiechem, widząc zdenerwowanie swojej uczennicy. Sfrustrowana Clary zaczęła próbować wydostać swoje ręce, które były unieruchomione. Widok rudowłosej, miotającej się na krześle, jak prawdziwa wariatka jeszcze bardziej rozweselił archanioła.
- Spróbuj sięgnąć wgłąb siebie. Wyobraź sobie, że w twojej klatce piersiowej jest ptak, którego musisz wydostać. To powinno pomóc - powiedział wesoło.
Clary spojrzała na niego groźnie. Była coraz bardziej poirytowana, ale posłuchała rady Michała. Zamknęła oczy, zaciskając mocno powieki. Ściągnęła brwi i wyobraziła sobie małego ptaka, który jest zamknięty pod jej żebrami. Oczami wyobraźni widziała go, fruwającego i zdesperowanego. Intensywnie myślała o tym, że jej żebra otwierają się, by wypuścić uwięzione zwierzę na świat. Powoli otworzyła oczy. Cały kaftan pokryty był małymi niebieskimi iskrami, które w bardzo szybkim czasie pochłonęły cały materiał. Po paru chwilach po kaftanie zostało tylko parę metalowych sprzączek i kupka popiołu. Zadowolona z siebie Clary wstała i uśmiechnęła się szeroko do Michała. Był chyba równie zdumiony, co ona, ponieważ dopiero po około dziesięciu sekundach ocknął się i odwzajemnił uśmiech.
- Przyznam, że to było zaskakujące - powiedział.
- To nie wierzyłeś, że tak szybko mi się uda to zrobić? - spytała obrażona Clary.
- Prawdę mówiąc, to nie. Nikomu, nawet aniołom z krwi i kości nie udałoby się po pierwszym treningu uwolnić ognia. Muszę cię pochwalić. Jeśli tak dalej pójdzie, to treningi zajmą nam połowę planowanego czasu. Możesz być z siebie dumna Clarisso.
- Dziękuję, ale gdyby nie twoje podpowiedzi, nie poradziłabym sobie.
Po tych słowach rozmowa się urwała. Michał powiedział Clary, żeby zmieniła buty i wyszła na zewnątrz, gdzie sam się udał. Dziewczyna zdejmowała i zakładała buty z uśmiechem na twarzy. Na każdym treningu będzie dawać z siebie wszystko. Chce jak najszybciej znaleźć się na Ziemi. Od chwili uwolnienia ,,ptaka" ze swojego wnętrza, czuje rozpływające się ciepło po całym jej ciele. Czuła rozpierającą ją energię. Jej skrzydła okazały się bardzo giętkie. Same układały się pod ubraniem tak, że praktycznie nie było ich widać. Nie chciała z nimi paradować tak, jak aniołowie. A przynajmniej na razie. Musiała się do nich przyzwyczaić. Była ciekawa, kiedy będzie mogła zacząć naukę latania, a może tego nawet nie trzeba się uczyć. Z takimi myślami wyszła z sali. Na zewnątrz zastała Michała opartego o ścianę budynku, wpatrzonego w dal.
- Już jestem - powiedziała do zamyślonego archanioła.
Mężczyzna wzdrygnął się, słysząc dziewczynę. Clary nie sądziła, że aniołów da się przestraszyć. Zastanawiała się nad czym tak myślał. Pewnie to nie jej sprawa, ale była z natury ciekawską osobą.
- Ah dobrze, chodźmy - powiedział roztargniony.
Narysował pospiesznie na drzwiach runę zamknięcia i ruszył w stronę mieszkania Clary, nie oglądając się za siebie. Rudowłosa nie chciała zaczynać żadnej rozmowy, ponieważ widziała, że to nie najlepszy na to moment. Archanioł ciągle o czymś myślał. Było to widać po jego nieobecnym spojrzeniu. Kiedy zatrzymali się przed drzwiami wejściowymi domu Clary, stali naprzeciw siebie, oboje milczący. Dziewczyna odwróciła się do drzwi z zamiarem pójścia już do swojego pokoju, ale poczuła rękę Michała na swoim ramieniu. Spojrzała na archanioła. Miał dziwną minę, jakby zbolałą, a może jej się tylko zdawało, bo chwilę później jego twarz przybrała kamienny wyraz. Zauważyła, że aniołowie mało kiedy okazują jakiekolwiek uczucia. Ale przecież dzisiaj śmiał się w sali treningowej. Clary nie zastanawiała się nad tym dłużej, bo nie miało to sensu. I tak by nic nie wymyśliła.
- Chcę cię wynagrodzić za dzisiejszy trening - zaczął archanioł. - Pamiętasz naszą rozmowę o tym, że będziesz mogła w trakcie szkolenia czasami opuszczać Niebo pod niewidzialną, niematerialną postacią? Oto moja nagroda.
Oczy Clary zrobiły się tak duże, jak nigdy przedtem. Chciała jednocześnie skakać ze szczęścia, płakać i ściskać Michała, aż by mu zabrakło tchu. Wiedziała jednak, że każda z tych czynności byłaby nie na miejscu, więc tylko skinęła głową z uśmiechem i powiedziała:
- Dziękuję, naprawdę dziękuję.
- Będziesz miała pięć godzin ziemskich na przebywanie na Ziemi. Później zostaniesz automatycznie przeniesiona do swojego mieszkania.
Archanioł uniósł prawą rękę, na której po chwili pojawił się płomień. Zamknął oczy, a rękę wysunął przed siebie. Ogień zaczął się powiększać, aż objął całe ciało Clary. Spodziewała się choćby minimalnego bólu, ale czuła tylko ciepło i delikatnie mrowienie. Spojrzała na swoje ręce, które powoli zaczęły tracić kształt i się rozmywać. Gdy proces dobiegł końca, poczuła mdłości i zawroty głowy. Chwilę później zemdlała.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Oto dzisiejszy rozdział. Bardzo Wam dziękuję za to, że w ogóle jeszcze jesteście i to jeszcze w takiej liczbie. Jak zawsze liczę na Wasze opinie na temat rozdziału. Wiem, że trochę krótki, ale mimo to mam nadzieję, że nie jest zły. Za błędy przepraszam. Pozdrawiam serdecznie 😄😄😄
piątek, 6 stycznia 2017
poniedziałek, 2 stycznia 2017
Informacje
Chciałabym Wam przekazać, że rozdział pojawi się zapewne aż w piątek, ponieważ w szkole jest taki natłok tego wszystkiego, że codziennie a to sprawdzian, a to kartkówki. Wybaczcie, że musicie czekać.
Pozdrawiam ;)
Pozdrawiam ;)
sobota, 31 grudnia 2016
Rozdział 32: Wojna
Clary stała przez archaniołem Michałem kompletnie osłupiała. Ludzie dookoła zdążyli porozchodzić się do domów. Zaczęło zmierzchać. Jednak w Niebie nie ma prawdziwej nocy, jak na Ziemi. Tutaj jedynie niebo przyjmuje odcień o 3 tony ciemniejszy, niż zazwyczaj. Clary analizowała wszystkie informacje z dzisiejszego dnia. To niemożliwe. Nawet jej matka była pewna, że ojcem dziewczyny jest Valentine. Racja, że eksperymentował na własnych dzieciach, ale to on był biologicznym ojcem. Niebo przeciął z prędkością światła anioł. Był dostojny, ale nie dorównywał swoim wyglądem Michałowi. Clary pokręciła głową i skupiła się na rozmowie.
- Jak to? - spytała.
- Na początku rzeczywiście był twoim ojcem, ale kiedy zaczął eksperymenty, jeden z nich sprawił, że dna Valentine' a w twoim ciele wyparowało bezpowrotnie, a zastąpiło je dna anioła Ithuriela.
Clary przyjęła to spokojnie. Stwierdziła, że nic już ją dzisiaj nie zdziwi. Nagle poczuła swędzenie w okolicy łopatek. Chwilę potem pojawiło się lekkie mrowienie, a następnie ból. Z minuty na minutę się on nasilał. Miała wrażenie, że coś próbuje ją rozerwać od środka. Próbowała powstrzymać łzy i opanować drżenie mięśni od pleców poprzez ramiona. Poczęła bezmyślnie drapać się po plecach. Ból był coraz mocniejszy i w końcu był tak silny, że dziewczyna ledwo utrzymywała przytomność. Upadła na kolana ciężko dysząc. Jej drobne ciało pokryła warstewka potu. A parę sekund później? Wszystko ustało. Oszołomiona Clary wstała niepewnie i stanęła przed archaniołem z niewyraźną miną. Jej twarz mówiła sama za siebie. Nie wiedziała, co się dzieje i żądała wyjaśnień.
- To była druga wiadomość, którą miałem ci przekazać. Jak widać stało się to szybciej niż przypuszczałem - powiedział.
- Ale co się stało? - Nadal nie rozumiała.
- Odwróć głowę, to sama się przekonasz - odpowiedział tajemniczo.
Nie mając innego wyjścia, zrobiła to, o czym mówił jej rozmówca. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Z jej jeszcze lekko obolałych łopatek wyrosły niesamowite skrzydła. Były nieco delikatniejsze, niż Michała, ale równie zachwycające. Pióra były białe z przebłyskami błękitu. Powoli dotknęła ich, jakby się bała, że to tylko sen i zaraz znikną. Ale były prawdziwe. Prawdziwe i przyjemne w dotyku. Na chwilę zapomniała o całym świecie, o bliskich, o tym, co się stało, a nawet o stojącym obok Michale. Była zbyt pochłonięta podziwianiem swoich skrzydeł.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dziś sylwester moi drodzy czytelnicy. Za godzinę już Nowy Rok. Wszystkim Wam życzę udanego roku 2017, aby przyszły rok był jeszcze lepszy od tego, który już niestety (a może wręcz przeciwnie) niedługo się skończy. Komentarze mile widziane. :D
- Jak to? - spytała.
- Na początku rzeczywiście był twoim ojcem, ale kiedy zaczął eksperymenty, jeden z nich sprawił, że dna Valentine' a w twoim ciele wyparowało bezpowrotnie, a zastąpiło je dna anioła Ithuriela.
Clary przyjęła to spokojnie. Stwierdziła, że nic już ją dzisiaj nie zdziwi. Nagle poczuła swędzenie w okolicy łopatek. Chwilę potem pojawiło się lekkie mrowienie, a następnie ból. Z minuty na minutę się on nasilał. Miała wrażenie, że coś próbuje ją rozerwać od środka. Próbowała powstrzymać łzy i opanować drżenie mięśni od pleców poprzez ramiona. Poczęła bezmyślnie drapać się po plecach. Ból był coraz mocniejszy i w końcu był tak silny, że dziewczyna ledwo utrzymywała przytomność. Upadła na kolana ciężko dysząc. Jej drobne ciało pokryła warstewka potu. A parę sekund później? Wszystko ustało. Oszołomiona Clary wstała niepewnie i stanęła przed archaniołem z niewyraźną miną. Jej twarz mówiła sama za siebie. Nie wiedziała, co się dzieje i żądała wyjaśnień.
- To była druga wiadomość, którą miałem ci przekazać. Jak widać stało się to szybciej niż przypuszczałem - powiedział.
- Ale co się stało? - Nadal nie rozumiała.
- Odwróć głowę, to sama się przekonasz - odpowiedział tajemniczo.
Nie mając innego wyjścia, zrobiła to, o czym mówił jej rozmówca. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Z jej jeszcze lekko obolałych łopatek wyrosły niesamowite skrzydła. Były nieco delikatniejsze, niż Michała, ale równie zachwycające. Pióra były białe z przebłyskami błękitu. Powoli dotknęła ich, jakby się bała, że to tylko sen i zaraz znikną. Ale były prawdziwe. Prawdziwe i przyjemne w dotyku. Na chwilę zapomniała o całym świecie, o bliskich, o tym, co się stało, a nawet o stojącym obok Michale. Była zbyt pochłonięta podziwianiem swoich skrzydeł.
***
Jace, po zjedzeniu obfitego posiłku, poszedł na zewnątrz się przewietrzyć. Obiecał wcześniej wszystkim mieszkańcom Instytutu, że nie będzie próbował ,,spotkać się z Clary" . Jego serce ścisnęło się, gdy przechodził obok miejsca, gdzie to się stało. Przystanął na moment i schował ręce w kieszeniach, marszcząc lekko brwi. Wiedział, że nigdy nie będzie mógł już normalnie żyć i ponownie się w kimkolwiek zakochać. Idąc dalej mijał wieżowce i wiele przeróżnych kamienic. Przechodząc przez zatłoczone chodniki, czuł na sobie wzrok wielu kobiet, ale nic sobie z tego nie robił. Kierując się w stronę parku, został zaczepiony przez Magnusa. Ubrany był, jak zwykle w połyskujące ubrania. Jego włosy wyglądały, jakby ktoś strzelił w nie piorunem i w dodatku później obsypał toną brokatu. Kontury jego kocich oczu były podkreślone niebieską kredką. Widać było również, że nie żałował błyszczyka do ust.
- W końcu cię wypuścili? - powiedział żartobliwie na przywitanie.
- Daj mi spokój - rzekł ostro Jace.
Odwrócił się z zamiarem pójścia dalej, ale błyszczący na kilometry czarownik zastąpił mu drogę. Wpatrywał się natarczywie w Jace' a, a jego kocie oczy zapłonęły. Paru ludzi patrzyło z zaintrygowaniem na Bane' a.
- Czekaj chwilę rozbójniku. Muszę ci coś powiedzieć. Miałem iść do Instytutu, żeby o tym z tobą porozmawiać, ale sam wyszedłeś mi na spotkanie, jak widzę. - Wyszczerzył się.
- To mów - ponaglał blondyn.
- Spokojnie, po co te nerwy. Miałem dzisiaj sen... - zaczął.
- Wow koleś, jakbyś nie wiedział to każdy je ma.
- Ale czarownicy nie mają zwykłych snów. Większość z nich jest proroczych. Chociaż zważając na poziom twojej inteligencji i wiedzy, to wątpię, że wiesz, co to w ogóle znaczy - odgryzł się.
- Daj już spokój. Przejdź do sedna - powiedział spokojniej już Jace.
- W tym śnie była Clary. Jeśli ten sen rzeczywiście był proroczy, to ona wróci, ale nie wiem, pod jaką postacią. Przeżyła przemianę. Jest teraz aniołem, ale nie do końca.
Jace przez dobre parę minut wpatrywał się w Magnusa, jakby mu odbiło. Wtedy przypomniał sobie któryś z tych nudnych wykładów Hodge' a. Mówił coś o snach czarowników. Próbował usilnie przypomnieć sobie dokładnie słowa mężczyzny. Po namyśle uświadomił sobie, że to, co mówi Bane może być prawdą. Twarz chłopaka rozpromieniła się. W jego sercu zakorzenił się cień szansy, że jeszcze zobaczy się z Clary przed własną śmiercią.
- To niesamowite Magnusie - wykrzyknął blondyn.
- Jak ja - zażartował czarownik. - A teraz wybacz, ale muszę się udać do mojego klienta.
Chwilę później już go nie było. Nocny Łowca postanowił wrócić do Instytutu i powiedzieć o tym wszystkim. Jeśli to się naprawdę stanie, to będzie cud. Reakcja innych była podobna do reakcji Jace' a. Jocelyn popłakała się, gdy się o tym dowiedziała. Każdy miał nadzieję, że słowa czarownika są prawdą.
***
- Ale, jak to możliwe? Nie jestem przecież w pełni aniołem - powiedziała nadal zdumiona Clary.
- Anioł, którego krew masz w sobie, nie był jakimś podrzędnym. Możliwym jest, że masz więcej krwi anielskiej niż Nocnych Łowców. A poza tym każdemu, kto ma w sobie chodź kroplę najczystszej krwi anielskiej, po śmierci, w Niebie, uaktywniają się pewne cechy anielskie. Wyższej rangi anioły, takie, jak ja, obserwowały cię już od dłuższego czasu.
Dziewczyna poczuła się dziwnie w tym momencie. Świadomość, że było się obserwowanym, prawdopodobnie od początku życia, nie była przyjemna.
- Niestety Clarisso, to nie koniec nowin, które usłyszysz z moich ust. Musisz nauczyć się kontrolować nowe zdolności. Zbliża się ogromna wojna. O wiele straszniejsza i na większą skalę, niż Valentine wam zademonstrował. Król Piekieł planuje zniszczyć Ziemię i rozpocząć kolejną wojnę z Niebem. Musimy zjednoczyć swoje siły, bo inaczej polegniemy w bardzo szybkim tempie.
- Ale ja nie mogę się równać z innymi aniołami. Mimo wszystko nadal mam w sobie także krew Nocnych Łowców.
- I tu się mylisz. Jesteś bardziej wyjątkowa, niż przypuszczasz. Mam dla ciebie pocieszającą wiadomość.
- Nie wiem, czy teraz zdoła mnie cokolwiek pocieszyć.
- Nawet informacja, że po opanowaniu swojej mocy, będziesz mogła wracać na Ziemię, kiedy chcesz? - Tym zaintrygował Clary, ponieważ po usłyszeniu tych słów, jej oczy zapłonęły żywym zielonym blaskiem.
- Jak to?! - wykrzyknęła.
- Dowiesz się tego w trakcie szkolenia. Pozwolę ci się poruszać pod niewidzialną postacią po Ziemi raz w tygodniu w ramach motywacji.
- To wspaniałe wieści Michale. Zaczynajmy - powiedziała z entuzjazmem.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dziś sylwester moi drodzy czytelnicy. Za godzinę już Nowy Rok. Wszystkim Wam życzę udanego roku 2017, aby przyszły rok był jeszcze lepszy od tego, który już niestety (a może wręcz przeciwnie) niedługo się skończy. Komentarze mile widziane. :D
środa, 28 grudnia 2016
Rozdział 31: Początek końca
Otworzyła ociężałe oczy z niewiarygodną łatwością, co ją bardzo zdziwiło. Zorientowała się, że leży na czymś miękkim. Nigdy nie czuła się równie błogo, co w tej chwili. Panowała tutaj niczym nie zmącona cisza. Spięła się momentalnie, gdy przypomniała sobie, co się stało. Wstała błyskawicznie i rozejrzała się. Pamięta okropny ból i zmartwioną twarz Jace' a, który się nad nią pochylał. Pomieszczenie, w którym obecnie była miało kształt prostokąta. Wszystko byłoby normalne, gdyby nie pewien fakt. Każdy mebel, których swoją drogą nie było zbyt dużo, a nawet podłoga i ściany, były barwy białej. To było niepokojąco dziwne. Spojrzała na łóżko. Nim dotarła do niej informacja o tym, co zobaczyła, minęło dobre pół minuty. Łóżko, na którym przed chwilą leżała było, jak chmury. Podeszła do niego ostrożnie i położyła dłoń na puchu. W całym swoim życiu nie dotykała czegoś równie przyjemnego w dotyku. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Naszła ją myśl, że to może być Niebo, ale przecież ona żyje. Nie mogłaby umrzeć. Jeszcze nie teraz. To za wcześnie.
- To niemożliwe - powiedziała na głos.
Zaczęła chodzić po pokoju w poszukiwaniu drzwi. Bezskutecznie. Z frustracji walnęła pięścią w pobliską ścianę, a ona się rozmyła, niczym obłok. Cofnęła się odruchowo. Jej mózg działał jeszcze wolno. Chyba powoli docierało do niej wszystko, ale nie wierzyła w to. A może nie chciała w to uwierzyć? Taka opcja też była prawdopodobna. Musiała się stąd wydostać i poszukać wszystkich. Spróbowała przejść przez ścianę. Pokonała przeszkodę bez najmniejszego oporu. Jakby to nie była ściana tylko powietrze. Znajdowała się teraz w centrum miasta. Nie było to jednak zwykłe miasto. Wszystko tutaj było oślepiająco białe, a ludzie wydawali się być tacy beztroscy. Ich stroje także były śnieżnobiałe. Zaintrygowana spojrzała w dół. Ona też była w białych ubraniach. Z mętlikiem w głowie przesuwała swój wzrok na coraz to nowe uśmiechnięte twarze. Czuła się, jak we śnie. Żadnych zmartwień wypisanych na twarzach, żadnych łez, nawet złości. Clary nie mogła wydobyć z siebie słowa. Patrzyła się głupio na budynki, drogi pozbawionych asfaltu i samochodów. Wtedy podeszła do niej kobieta średniego wieku z dzieckiem na rękach.
- Jesteś tu nowa? - zapytała.
- Aż tak to widać? - spytała rudowłosa.
- Uprzejmość nakazywałaby, żeby powiedzieć nie, ale chcę zapobiec wytykania cię potem palcami, co i tak w sumie nastąpi. Nowi zawsze są wytykani.
- Nie rozumiem. Gdzie ja jestem?
- Dziecko to ty naprawdę nie wiesz? - spytała zaskoczona rozmówczyni. - To jest Niebo. Założę się, że nie tak sobie je wyobrażałaś, ale część dla Nocnych Łowców wygląda nieco inaczej niż pozostałe.
Clary stała, jak wryta. Na przemian otwierała i zamykała usta. Czuła się, jakby jej mózg się przegrzał. Widziała i przeżyła już wiele, ale w akurat to zdarzenie nie mogła kompletnie uwierzyć. Gdy konała przy Instytucie, miała cień nadziei, że jednak uda się ją w jakiś sposób uratować i przeżyje. Przyjmując prawdę do wiadomości, jej policzki przecięły strużki łez. Płacz, który wydobył się z jej złamanego serca był rozdzierający. Nie mogła się opanować, a nawet nie chciała. To koniec. Nie zobaczy już Jace' a, Alec' a, mamy, Izzy, Luke' a, Jonathana, Magnusa, ani Simona, już nikogo nie zobaczy, chyba, że kiedyś podzielą jej los. O matko, Simon, tak mało czasu spędzała z nim ostatnimi miesiącami. A teraz jest już za późno na wszystko. Nigdy by nie przypuszczała, że jej życie zakończy się w tak młodym wieku. Myśli, coraz to nowe, które dobijały ją coraz bardziej, nie chciały opuścić jej głowy nawet na sekundę. Upadła na kolana, łapiąc się za brzuch obiema rękami. Po chwili wyrzuciła głowę ku niebu, nie wiedziała czy w tym miejscu jest to odpowiednie stwierdzenie, wydała z siebie przeszywający człowieka na wskroś krzyk, pełen bólu. Nie zwracała uwagi na pobliskie osoby, które patrzyły się na nią z ciekawością. Kobieta, która niedawno z nią rozmawiała zakryła usta dłonią, zaskoczona.
- Przepraszam. Nie wiedziałam, że tak zareagujesz- powiedziała współczująco.
Do dziewczyny nie dotarły te słowa. Myśli w jej głowie były głośniejsze. Po jakimś czasie wyczerpana oparła ręce o chodnik, który był równie miękki, co łóżko, na którym się obudziła, po czym oddychając głęboko i nierówno zaczęła się uspokajać, a przynajmniej zewnętrznie. W środku czuła się okropnie. Szeptała imię pewnego aroganckiego blondyna łamiącym się głosem i słabym od krzyku. Zatopiła się w rozpaczy.
***
- To niemożliwe - powiedziała na głos.
Zaczęła chodzić po pokoju w poszukiwaniu drzwi. Bezskutecznie. Z frustracji walnęła pięścią w pobliską ścianę, a ona się rozmyła, niczym obłok. Cofnęła się odruchowo. Jej mózg działał jeszcze wolno. Chyba powoli docierało do niej wszystko, ale nie wierzyła w to. A może nie chciała w to uwierzyć? Taka opcja też była prawdopodobna. Musiała się stąd wydostać i poszukać wszystkich. Spróbowała przejść przez ścianę. Pokonała przeszkodę bez najmniejszego oporu. Jakby to nie była ściana tylko powietrze. Znajdowała się teraz w centrum miasta. Nie było to jednak zwykłe miasto. Wszystko tutaj było oślepiająco białe, a ludzie wydawali się być tacy beztroscy. Ich stroje także były śnieżnobiałe. Zaintrygowana spojrzała w dół. Ona też była w białych ubraniach. Z mętlikiem w głowie przesuwała swój wzrok na coraz to nowe uśmiechnięte twarze. Czuła się, jak we śnie. Żadnych zmartwień wypisanych na twarzach, żadnych łez, nawet złości. Clary nie mogła wydobyć z siebie słowa. Patrzyła się głupio na budynki, drogi pozbawionych asfaltu i samochodów. Wtedy podeszła do niej kobieta średniego wieku z dzieckiem na rękach.
- Jesteś tu nowa? - zapytała.
- Aż tak to widać? - spytała rudowłosa.
- Uprzejmość nakazywałaby, żeby powiedzieć nie, ale chcę zapobiec wytykania cię potem palcami, co i tak w sumie nastąpi. Nowi zawsze są wytykani.
- Nie rozumiem. Gdzie ja jestem?
- Dziecko to ty naprawdę nie wiesz? - spytała zaskoczona rozmówczyni. - To jest Niebo. Założę się, że nie tak sobie je wyobrażałaś, ale część dla Nocnych Łowców wygląda nieco inaczej niż pozostałe.
Clary stała, jak wryta. Na przemian otwierała i zamykała usta. Czuła się, jakby jej mózg się przegrzał. Widziała i przeżyła już wiele, ale w akurat to zdarzenie nie mogła kompletnie uwierzyć. Gdy konała przy Instytucie, miała cień nadziei, że jednak uda się ją w jakiś sposób uratować i przeżyje. Przyjmując prawdę do wiadomości, jej policzki przecięły strużki łez. Płacz, który wydobył się z jej złamanego serca był rozdzierający. Nie mogła się opanować, a nawet nie chciała. To koniec. Nie zobaczy już Jace' a, Alec' a, mamy, Izzy, Luke' a, Jonathana, Magnusa, ani Simona, już nikogo nie zobaczy, chyba, że kiedyś podzielą jej los. O matko, Simon, tak mało czasu spędzała z nim ostatnimi miesiącami. A teraz jest już za późno na wszystko. Nigdy by nie przypuszczała, że jej życie zakończy się w tak młodym wieku. Myśli, coraz to nowe, które dobijały ją coraz bardziej, nie chciały opuścić jej głowy nawet na sekundę. Upadła na kolana, łapiąc się za brzuch obiema rękami. Po chwili wyrzuciła głowę ku niebu, nie wiedziała czy w tym miejscu jest to odpowiednie stwierdzenie, wydała z siebie przeszywający człowieka na wskroś krzyk, pełen bólu. Nie zwracała uwagi na pobliskie osoby, które patrzyły się na nią z ciekawością. Kobieta, która niedawno z nią rozmawiała zakryła usta dłonią, zaskoczona.
- Przepraszam. Nie wiedziałam, że tak zareagujesz- powiedziała współczująco.
Do dziewczyny nie dotarły te słowa. Myśli w jej głowie były głośniejsze. Po jakimś czasie wyczerpana oparła ręce o chodnik, który był równie miękki, co łóżko, na którym się obudziła, po czym oddychając głęboko i nierówno zaczęła się uspokajać, a przynajmniej zewnętrznie. W środku czuła się okropnie. Szeptała imię pewnego aroganckiego blondyna łamiącym się głosem i słabym od krzyku. Zatopiła się w rozpaczy.
***
Instytut w Nowym Jorku był pogrążony w żałobie. Załamana Jocelyn nie była w dobrym stanie. Nie chodziło tutaj o zdrowie fizyczne, ale psychiczne. Jonathan bardzo ją wspierał po śmierci Clary. Od tamtego okropnego wydarzenia minęły dwa miesiące. Każdy dalej nie może w to uwierzyć, mimo że takie właśnie jest życie Nocnych Łowców. Na pogrzebie zjawiło się mnóstwo osób. Między innymi cały klan Rafaela, Magnus wraz z paroma innymi czarownikami, stado Luke' a i wiele innych znajomych dziewczyny, rodzina, a także ci, których nie zdążyła poznać. Najgorzej ze wszystkich, zaraz po Jocelyn, przeżył to Jace. Nie mieli ze sobą na początku dobrych stosunków, a gdy wszystko się zmieniło i chciał spędzić z Clary resztę swojego życia, ta możliwość została mu odebrana. Myślał nawet, żeby sam się udać w miejsce, gdzie jest duża obecność demonów. Wiedział, że to będzie samobójstwo, ale przynajmniej zginąłby w walce z honorem, jak prawdziwy Nocny Łowca. Odkąd rodzina wybiła mu ten pomysł z głowy i zamknęła go w jego własnym pokoju, nie robi nic innego niż siedzenie na podłodze i nieustanne patrzenie się w lustro, na którym było przyklejone zdjęcie osoby, którą pokochał nad życie. Zdjęcie zrobił z ukrycia. Było lekko rozmazane, ale twarz Clary i jej promienny uśmiech były wyraźne. Oprócz tego ,,twórczego" zajęcia opcjonalnie zjadł trochę posiłku, które dostawał codziennie i korzystał z toalety. Życie straciło dla niego sens. To wszystko za szybko się działo. Nie wiedział, czy będzie w stanie jeszcze kiedykolwiek normalnie funkcjonować. Otrząsnął się z otępienia, ponieważ usłyszał blisko drzwi głośną rozmowę, którą prowadzili Alec i Isabell. Wytężył słuch i spróbował rozróżnić słowa.
- Nie możemy go traktować, jak więźnia! To nasz brat Alec! - wykrzyknęła dziewczyna.
- My tylko staramy się go chronić. Będzie tam siedział tyle czasu, aż zrozumie, że musi zacząć normalnie żyć - powiedział spokojnie Alec.
- Ty siebie słyszysz?! Nikt po tym nie będzie do końca normalnie funkcjonował. Clary była moją przyjaciółką i ciągle nią jest! Nie możemy po prostu o niej zapomnieć i żyć, jakbyśmy nigdy jej nie znali. - Jej głos stał się słaby i załamał się na ostatnim słowie.
- Dobra zrobimy, jak chcesz, zgoda? Ale nie miej potem do mnie pretensji, jeśli coś się stanie - powiedział z rezygnacją.
Oboje podeszli do drzwi, prowadzących do pokoju Jace' a. Alec wyjął z kieszeni swoich dżinsów złotawy kluczyk po czym otworzył nim drzwi i wszedł do środka wraz z siostrą. Pomieszczenie było ciemnie z powodu zasłoniętych okien. Po wejściu poczuli dziwny zapach, który był zapewne spowodowanym brakiem wietrzenia pokoju. Spojrzeli na osobę siedzącą na podłodze. Jace wyglądał koszmarnie. Nie byli pewni czy przez ostatnie tygodnie zażywał kąpieli, ani czy cokolwiek robił oprócz siedzenia tutaj. Ubrania, które kiedyś idealnie podkreślały rysy jego mięśni, teraz wisiały na nim, jak na manekinie. Policzki miał pozapadane i poszarzałe. Na szczęce chłopaka był widoczny już dość pokaźny zarost. Chłopak wyglądał, jak dokładne przeciwieństwo dawnego siebie. Nawet nie spojrzał na swoje rodzeństwo.
- Jace nie możesz tak ciągle - powiedziała Isabell.
- Mogę - odpowiedział beznamiętnie blondyn.
- Izzy ma rację. Musisz zacząć żyć. - Spróbował Alec.
- A co właśnie robię? Chyba trupem nie jestem. - Zaśmiał się gardłowo. - Ale gdyby nie wy... Kto wie?
- Nawet tak nie mów! - wykrzyknęła dziewczyna.
- Bez Clary nie mam powodu, by żyć.
- A my? A wszyscy którzy są w tym Instytucie? - Isabell była bliska płaczu.
Wtedy po raz pierwszych od wielu dni na twarzy chłopaka dało się odczytać jakiekolwiek emocje. Były one połączeniem bólu z bezradnością i smutkiem.
- Przepraszam Izzy, ale bez niej zapominam, jak się oddycha - powiedział załamany.
Lightwoodowie spojrzeli po sobie zaskoczeni. Jace Herondale nigdy nikogo nie przepraszał. Jednak po chwili podjęli dalszą próbę odzyskania brata.
-Proszę cię Jace. Spróbuj chociaż normalnie funkcjonować. Jeśli nie dla nas, to dla Clary. Gdyby cię widziała w takim stanie, byłaby załamana. - Alec trafił chyba w czuły punkt, ponieważ blondyn podniósł się ostrożnie i oparł o ścianę, mierząc rodzeństwo pustym wzrokiem.
- No dobra.
To by było na tyle. Po tych słowach Isabell i Alec wyszli z pokoju chłopaka, nie zamykając go. Drzwi zostawili szeroko otwarte. Jace powlókł się do łazienki. Pierwsze, co zrobił, było ogolenie się. Nienawidził zarostu. Później wziął dość długi prysznic. Odświeżony i przebrany zszedł na dół do kuchni. Pierwszą osobą, którą zobaczył, był Jonathan, który siedział przy stole z głową opartą o prawą rękę. Wyglądem prawie niczym nie różnił się od Jace' a.
- Ehm, cześć? - zaczął Jace.
Jego rozmówca wyprostował się i popatrzył na chłopaka, jakby zobaczył ducha. Długo nic nie mówił. Herondale przypuszczał, że nie dostanie odpowiedzi, więc udał się do lodówki.
- Cześć, wróciłeś do żywych? - spytał Jonathan.
- Można chyba tak to nazwać - powiedział wgryzając się w ser żółty.
- Nie możemy go traktować, jak więźnia! To nasz brat Alec! - wykrzyknęła dziewczyna.
- My tylko staramy się go chronić. Będzie tam siedział tyle czasu, aż zrozumie, że musi zacząć normalnie żyć - powiedział spokojnie Alec.
- Ty siebie słyszysz?! Nikt po tym nie będzie do końca normalnie funkcjonował. Clary była moją przyjaciółką i ciągle nią jest! Nie możemy po prostu o niej zapomnieć i żyć, jakbyśmy nigdy jej nie znali. - Jej głos stał się słaby i załamał się na ostatnim słowie.
- Dobra zrobimy, jak chcesz, zgoda? Ale nie miej potem do mnie pretensji, jeśli coś się stanie - powiedział z rezygnacją.
Oboje podeszli do drzwi, prowadzących do pokoju Jace' a. Alec wyjął z kieszeni swoich dżinsów złotawy kluczyk po czym otworzył nim drzwi i wszedł do środka wraz z siostrą. Pomieszczenie było ciemnie z powodu zasłoniętych okien. Po wejściu poczuli dziwny zapach, który był zapewne spowodowanym brakiem wietrzenia pokoju. Spojrzeli na osobę siedzącą na podłodze. Jace wyglądał koszmarnie. Nie byli pewni czy przez ostatnie tygodnie zażywał kąpieli, ani czy cokolwiek robił oprócz siedzenia tutaj. Ubrania, które kiedyś idealnie podkreślały rysy jego mięśni, teraz wisiały na nim, jak na manekinie. Policzki miał pozapadane i poszarzałe. Na szczęce chłopaka był widoczny już dość pokaźny zarost. Chłopak wyglądał, jak dokładne przeciwieństwo dawnego siebie. Nawet nie spojrzał na swoje rodzeństwo.
- Jace nie możesz tak ciągle - powiedziała Isabell.
- Mogę - odpowiedział beznamiętnie blondyn.
- Izzy ma rację. Musisz zacząć żyć. - Spróbował Alec.
- A co właśnie robię? Chyba trupem nie jestem. - Zaśmiał się gardłowo. - Ale gdyby nie wy... Kto wie?
- Nawet tak nie mów! - wykrzyknęła dziewczyna.
- Bez Clary nie mam powodu, by żyć.
- A my? A wszyscy którzy są w tym Instytucie? - Isabell była bliska płaczu.
Wtedy po raz pierwszych od wielu dni na twarzy chłopaka dało się odczytać jakiekolwiek emocje. Były one połączeniem bólu z bezradnością i smutkiem.
- Przepraszam Izzy, ale bez niej zapominam, jak się oddycha - powiedział załamany.
Lightwoodowie spojrzeli po sobie zaskoczeni. Jace Herondale nigdy nikogo nie przepraszał. Jednak po chwili podjęli dalszą próbę odzyskania brata.
-Proszę cię Jace. Spróbuj chociaż normalnie funkcjonować. Jeśli nie dla nas, to dla Clary. Gdyby cię widziała w takim stanie, byłaby załamana. - Alec trafił chyba w czuły punkt, ponieważ blondyn podniósł się ostrożnie i oparł o ścianę, mierząc rodzeństwo pustym wzrokiem.
- No dobra.
To by było na tyle. Po tych słowach Isabell i Alec wyszli z pokoju chłopaka, nie zamykając go. Drzwi zostawili szeroko otwarte. Jace powlókł się do łazienki. Pierwsze, co zrobił, było ogolenie się. Nienawidził zarostu. Później wziął dość długi prysznic. Odświeżony i przebrany zszedł na dół do kuchni. Pierwszą osobą, którą zobaczył, był Jonathan, który siedział przy stole z głową opartą o prawą rękę. Wyglądem prawie niczym nie różnił się od Jace' a.
- Ehm, cześć? - zaczął Jace.
Jego rozmówca wyprostował się i popatrzył na chłopaka, jakby zobaczył ducha. Długo nic nie mówił. Herondale przypuszczał, że nie dostanie odpowiedzi, więc udał się do lodówki.
- Cześć, wróciłeś do żywych? - spytał Jonathan.
- Można chyba tak to nazwać - powiedział wgryzając się w ser żółty.
***
Nie wiedziała, ile czasu minęło od niezwykle pokazowego przedstawienia w jej wykonaniu. Poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Niechętnie wstała na równe nogi i spojrzała na, jak się okazało, anioła. Nie mogła się nadziwić jego wyglądem. Skórę miał niczym ze złota. Był nieskazitelny i idealny pod każdym względem. Jego ubraniem były białe, zwiewne szaty. Białe, ogromne skrzydła, jakby przyprószone złotem, były niesamowite. Silne i mocne, a zarazem delikatne i miękkie. Spostrzegła, że jedno pióro spadło z prawego skrzydła na chodnik. Po zetknięciu z podłożem zamieniło się w małą garstkę złotego prochu. Lekki wiatr rozwiał rude loki Clary. Pełna zachwytu skupiła na powrót swój wzrok na twarzy posłańca Bożego.
- Witaj Clarisso, przydzielono mnie do ciebie. Jestem archanioł Michał. Będę cię oswajał z Niebem, a jak już wszystko, co jest ci potrzebne, będziesz wiedzieć, opuszczę cię. Taka procedura jest konieczna przy każdej nowej osobie w Niebie.
- Witaj, mogę zadać pytanie? - spytała nieśmiało.
- Oczywiście.
- Od jak dawna tu jestem?
- Zależy, jaki czas masz na myśli. Tutaj czas płynie inaczej niż na Ziemi. Na Ziemi minęło już około dwóch miesięcy, a tutaj zaledwie parę dni.
- Dwa miesiące? - powiedziała zduszonym i zdziwionym głosem.
- To jest w tej chwili nieistotne. Muszę ci na początek przekazać bardzo ważną wiadomość.
Dziewczyna przestała racjonalnie myśleć. Chyba zapytała archanioła, jaka to wiadomość, ale nie była pewna. Dwa miesiące... Nie żyje już dwa miesiące. Chciałaby wrócić na Ziemię. Chociażby pod postacią ducha, czy nawet zwierzęcia, aby móc zobaczyć jeszcze raz bliskich. Próbowała się skupić na słowach jej rozmówcy.
- Valentine nie jest twoim ojcem - oznajmił archanioł.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
To by było na tyle z dzisiejszego rozdziału. Jeśli jest za krótki to przepraszam. Powinnam Wam jakoś wynagrodzić moją nieobecność. Pomyślę nad tym, a tymczasem piszcie swoje opinie. Jeśli wystąpią jakieś błędy również za nie przepraszam. Do następnego rozdziału moi drodzy. ♥
wtorek, 27 grudnia 2016
Żyję
Nie będę drugi raz się załamywać, więc odsyłam was do mojego komentarza pod ostatnim rozdziałem. Postanowiłam wrócić, mimo że pewnie mnie już zdążyliście znienawidzić. Rozumiem to. Rozdział jest w 1/4 napisany. Możliwe, że jutro się już pojawi. Jeśli ktoś jeszcze tutaj został to bardzo was podziwiam i dziękuję za cierpliwość.
Kocham was ! ♥
Kocham was ! ♥
środa, 4 maja 2016
Rozdział 30: ... nie było jej dane
Będąc już na miejscu, Clary zobaczyła istną masakrę. Mieszkańcy Instytutu walczyli z hordą demonów, których przybywało z niewiadomego źródła. W dali dostrzegła jakieś niebieskie światło, obok którego stał Magnus. Kompletnie nie rozumiała o co w tym wszystkim chodzi, ale nie interesowało ją to zbytnio. Poddała się instynktom bestii, która w niej tkwiła i próbowała się wydostać, ale Clary miała wszystko pod kontrolą. Wymachiwała mieczem z niesamowitą precyzją, zabijając kolejne kreatury. W trakcie walki stwierdziła, że obok niej jest o wiele więcej Nocnych Łowców, niż mieszka w Instytucie. Postanowiła przejmować się tym dopiero wtedy, kiedy będzie po wszystkim. Ciekawiło ją, skąd się wzięło tyle demonów w jednym miejscu. Nagle usłyszała blisko siebie znajomy śmiech, bardzo znajomy. To był śmiech Valentine' a. Odwróciła się błyskawicznie by ugodził go mieczem i zabić, ale nikogo nie zobaczyła, oprócz kolejnych demonów. ,,Jestem tutaj" . Te słowa odbijały się echem w jej głowie. Zorientowała się, że jej ojciec znalazł sposób, żeby wejść w jej myśli. To ją przerażało i jednocześnie wzbudziło w niej niepohamowany gniew.
-Gdzie jesteś?! - krzyczała ze złością. - Wyłaź tchórzu!
,,Spokojnie, zabawa dopiero się zaczyna. Z przyjemnością popatrzę, jak giniecie". Po tej wypowiedzi Clary nie wiedziała w jaki sposób, ale czuła, że Valentine' a nie ma już w jej głowie. Pod wpływem impulsu wyciągnęła stelę. Odbiegła w miarę spokojne miejsce i narysowała na swoim ramieniu runę posiadającą mnóstwo elementów. Przed jej oczami pojawił się obraz. Był na nim Valentine i Jocelyn, która siedziała skuta obok niego. Byli na moście. Valentine wzdrygnął się i odwrócił, jakby chciał spojrzeć na córkę. Uśmiechnął się strasznie i powiedział coś po łacińsku. Chwilę potem obraz się rozmazał, a przed dziewczyną stał demon, którego od razu, odruchowo zabiła. Myślała o tym, co przed chwilą zrobił Valentine, przecież nie jest czarownikiem. Nie umie czarować. Kierując się ku bramie Instytutu zastanawiała się, jaki most ujrzała w wizji. Znała go, po chwili była już pewna, gdzie jest jej matka i ojciec. Przyspieszyła kroku. Miała lekkie wyrzuty sumienia, że nie pomaga w walce z demonami, ale musiała uratować mamę i za wszelką cenę zabić Valentine' a. Po tym, jak to zrobi musi koniecznie porozmawiać z Magnusem w sprawie tego zaklęcia, które przerwało działanie runy, którą narysowała. Mijając Nocnych Łowców i zabijając po drodze demony poczuła nagłe szarpnięcie za ramię. Myśląc, że to kolejny potwór, zamachnęła się mieczem, ale w ostatniej chwili zdołała zatrzymać rękę. Miecz był tuż przy szyi Jace' a.
-Wiem, że jestem sexy i zabójczo przystojny, ale to nie powód, żeby mnie zabijać - powiedział z uśmiechem chłopak mimo tego, że byli prawie w środku pola bitwy.
Clary przewróciła ze zirytowaniem oczami i chciała iść dalej tak, gdzie zamierzała, ale dłoń Jace' a, którą trzymał na jej ramieniu uniemożliwiała jej to.
-Czego chcesz? Spieszy mi się - powiedziała.
-Gdzie idziesz? Valentine może gdzieś tu być i coś ci zrobić - powiedział jakby zmartwiony.
,,Wydaje mi się" pomyślała. W sumie trochę głupio jej się zrobiło, że chciała pójść bez żadnego słowa, ale nie miałaby nawet czasu, aby powiedzieć o tym Jace' owi czy komukolwiek. Jace oznajmił jej, że zamierza z nią iść. Stwierdziła, że namowy na nic się zdadzą, a chłopak i tak z nią pójdzie, więc nie stawiała oporu. Bała się tylko tego, że demon przejmie nad nią kontrolę i Jace nie będzie chciał jej później znać. Nie chodzi tutaj nawet o sam fakt, że demon siedzi w jej ciele, tylko o to, że okłamywała blondyna. Nie było jednak na to czasu.
-Idziemy - powiedziała z mocą.
Clary narzuciła duże tempo, bo chciała jak najszybciej uratować Jocelyn z rąk Valentina. Mknęli przez kolejne ulice. Dziewczyna mimo lekkiej zadyszki nie zwalniała kroku. Po niecałych dwudziestu minutach byli przy dość starym moście, gdzie jako dziecko przychodziła z Simonem i mamą posiedzieć i porozmawiać. Mało co się tutaj zmieniło. Wszystko tylko może jeszcze bardziej porosło mchem. Jace i Clary stali przy ścianie starego i zniszczonego budynku. Mieli stąd doskonały widok na ich cel. Kolejnym plusem było to, że Valentine, którego widzieli na moście, nie mógł ich dostrzec. Nie mogli działać pochopnie. Trzeba było wymyślić na szybko jakiś plan, który miał szanse na powodzenie. Nagle Clary olśniło.
-Jace myślę, że chyba umiem tworzyć nowe runy - powiedziała.
-Jak to? - spytał zaskoczony.
-Ten miecz - wskazała na swoją broń - powstał dzięki tej runie.
Chłopak odebrał miecz dziewczynie i dokładnie przyjrzał się wskazanej runie. Pomyślał chwilę i powiedział:
-Rzeczywiście tej runy nie ma w Szarej Księdze, ale co to ma do rzeczy.
-Pomyślałam, żeby stworzyć runę niewidzialności - Jace popatrzył na nią z rozbawieniem. - Ale po jej nałożeniu nie widziałby nas nikt. Nawet Nocni Łowcy.
-Myślisz, że jesteś w stanie to zrobić? - spytał z powątpiewaniem.
-Przekonajmy się.
Chwilę później trzymała stelę w ręce. Stała z zamkniętymi oczami i starała się wyobrazić runę. Nie była to prosta czynność. Między jej brwiami powstało sporo zmarszczek. Kiedy przez dłuższy czas nic się nie działo zaczęła wątpić, że jej się uda stworzyć runę, ale się nie poddawała. Po chwili jej głowie utworzył się wzór. Parę pociągnięć ręką i runa na jej ramieniu była gotowa. Otworzyła oczy i spojrzała na Jace' a.
-I jak? Działa? - spytała.
-Tak - odparł Jace zwrócony plecami do Clary.
Rudowłosa ze śmiechem podeszła do blondyna, powiedziała, żeby się nie ruszał i także nakreśliła mu runę niewidzialności. Po jej narysowaniu oboje byli niewidoczni dla otoczenia z wyjątkiem ich samych. Dorysowali sobie jeszcze po runie bezdźwięcznej i paru innych potrzebnych do walki. Zaczęli zbliżać się do Valentina i Jocelyn leżącej obok niego. Wszystko szło świetnie. ,,Idzie nam za łatwo" pomyślała Clary.
Nie obchodziło ją to jednak zbytnio. Gdy byli parę metrów od rodziców Clary, Jace podbiegł do Valentina i zamachnął się mieczem. Dziewczyna poszła w jego ślady, ponieważ chciała go zatrzymać. To jej zadaniem było zabicie swojego ojca i nie chciała, żeby zrobił to Jace. Przez to, że zbyt się tym przejęła, nie patrzyła pod nogi i nadepnęła na suchą gałąź, których było tu wiele. ,,Scena niczym z filmu" pomyślała zirytowana. Morgenstern odwrócił się błyskawicznie i czując piekący ból w okolicach ramienia zamachnął się pięścią i wymierzył cios tak, że Jace uderzył w balustradę mostu głową, tracąc przytomność. Następnie Valentine nakreślił sobie dwie runy na ramieniu. Jedna była Clary nieznana. Szybkim krokiem ruszył ku niej. Zdezorientowana i przerażona dziewczyna nie wiedziała, co robić. Valentine chwycił ją za szyję i uniósł.
-Jak ty to ... - wykrztusiła usiłując się uwolnić.
-Nie tylko ty umiesz tworzyć nowe runy - powiedział z uśmiechem.
Clary patrzyła na ojca osłupiała. Nie chciała wierzyć w jego słowa. Przecież tylko ona mogła tworzyć nowe runy. Prawda? Jej zdumienie przerodziło się w gniew. Miotała się we wszystkie strony usiłując się wyrwać. Z jej ust wydobywał się syk. Przemiana zbliżała się wielkimi krokami. Złość wzrastała z minuty na minutę. Powoli traciła panowanie nad sobą. Wokół jej ciała zaczęła się unosić czarna aura. Palce przekształcały się w ogromne szpony, a oczy zmieniły barwę na kolor żółty. Valentine wciąż trzymał jej gardło w żelaznym uścisku. Clary, już jako demon zamachnęła się pazurami usiłując zranić klatkę piersiową Valentina. Ten zrobił unik, jednak nie wystarczający by uniknąć zadrapania. Z sykiem odsunął się parę metrów. Tymczasem Jace zdążył się już otrząsnąć. Zdziwiony popatrzył na Clary. Nie wiedział o co chodzi.
-Zzzzzaaaaaabbbiiiieeeeerrrrzzzz sssstttttąąąąąddddd mmmmooooojjjjjąąąą mmmaaaattttkkkkęęęę - wysyczała.
Blondyn z wahaniem wykonał polecenie. Postanowił zostawić Jocelyn w bezpiecznym miejscu i wrócić tu, aby pomóc rudowłosej, a także dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi. Wziął Jocelyn na ręce i pobiegł w stronę opuszczonej dzielnicy. Clary nie zwracając na niego uwagi walczyła ze swoim ojcem. Wykonywała błyskawiczne, mordercze ciosy, ale Morgenstern zdołał je wszystkie odeprzeć. Dziewczyna nie panowała już nad sobą, owładnął ją całkowicie demon. Dążyła tylko i wyłącznie do śmierci Valentina Morgensterna, swojego ojca. Na chwilę odzyskując świadomość przypomniała sobie ruch, jaki wykonał kiedyś Jace podczas treningu. Postanowiła go wypróbować, zwłaszcza, że teraz była pół demonem i były spore szanse na to, że uda jej się go wykonać. Robiąc salto w przód wbiła swój miecz w plecy Valentina. Była zadowolona z tego, że wyszedł jej ten cios. Morgenstern patrzył na nią zdziwiony. Wydał okropny ryk i zamachnął się mieczem. Trafił. Po lewym barku dziewczyny zaczęła ciurkiem spływać krew. Po chwili Nocny Łowca upadł na kolana. Nie miał siły już, by stać. Clary stanęła przed nim. Chciała widzieć jego twarz, gdy będzie umierał. Nie wiedziała w sumie czy to ona tego chciała, czy demon w niej. Trzymała się za zakrwawiony bark. Jej ręka ledwo się trzymała na skrawku mięśni. Nie czuła bólu. Uśmiechała się nawet. Satysfakcja rozpierała jej duszę. Jej ojciec chyba sam do końca nie wiedział, co się dzieje. Po raz pierwszy widziała przerażenie na tej kamiennej twarzy. Musiał podtrzymywać się rękami, by się całkowicie nie przewrócić. Uchodziły z niego siły. Oto największy koszmar świata Podziemnego konał u stóp własnej córki. Z jego warg zaczęła powoli spływać krew, plamiąc stare deski. Jego oddech stał się spazmatyczny. Chyba coś mówił, ale z jego ust płynęła tylko spieniona krew i wydobywały się dźwięki podobne do warczącego psa.
-To ... miało być... Miałem ...zwy-zwyciężyć - krztusił ostatkiem sił.
Demon w duszy Clary niespokojnie się poruszył pod wpływem emocji dziewczyny. Rudowłosa z całej siły kopnęła ojca w twarz, przewracając go na bok i ukazując zastygłą twarz, twarz trupa. Jego oczy były zapatrzone w dal. Było to puste spojrzenie. Krew z ust Valentina jeszcze się sączyła, gromadząc się wokół jego twarzy i skapując powoli z desek mostu do niewielkiej rzeczki. Przez parę kolejnych minut nie mogło to do niej dotrzeć. Zabiła ojca. To już koniec. Jej matka jest bezpieczna. Można było spokojnie wracać. Nawet zapomniała o swojej ręce, która teraz zwisała bezwładnie wzdłuż ciała. Zastanawiało ją tylko, co powie Jace' owi? Patrząc na ciało ojca czuła obrzydzenie. Ukucnęła i przyjrzała się dokładnie przejętej strachem twarzy. Ten widok nie wiedząc czemu napawał ją szczęściem.
-To już koniec... ojcze - powiedziała głucho klepiąc ojca po policzku.
Nagle poczuła dłoń na ramieniu. Pech chciał, że obudził się w niej instynkt istoty, która w niej przebywała i zamachnęła się szponami. Ofiarą ataku był Jace, który upadł na most, chwytając się za twarz. Świadomość wróciła. Clary widząc, co zrobiła, cofnęła się znacznie, zakrywając usta. Była przerażona. Nieświadomie ciągle się cofała, za nią znajdował się las. Zauważyła, że Jace powoli zaczął podnosić się przy pomocy poręczy. Gdy stał już na nogach zaczął się do niej zbliżać. Clary postawiła w tył kolejne kroki.
-Nie zbliżaj się! Jestem potworem! - krzyczała.
-Clary spokojnie nic się nie stało - mówił blondyn patrząc przejęty na jej rękę.
Dziewczyna kręcąc głową odwróciła się i pobiegła do lasu. Nie zatrzymywała się. Kiedy już brakło jej tchu myślała gorączkowo, co zrobić. Jace pewnie już za nią biegnie. Nagle ręka zaczęła dawać o sobie znać. Ból był rozdzierający. Zacisnęła zęby, hamując krzyk, który cisnął się jej na usta. to zapewne adrenalina pozwalała nie czuć bólu. W pośpiechu narysowała na drzewie runę, dzięki której otworzyła się brama. Mogła przenieść się w dowolne miejsce na świecie. Nie miała jednak dużo czasu do namysłu, ponieważ słyszała już krzyki Jace' a. Pod wpływem paniki wskoczyła w niebieskie jarzące się światło. Nie wiedziała dokładnie o czym wtedy myślała, ale wylądowała u bram Instytutu. Podniosła się z klęczek. Demonów już nie było. Zniknęły wraz ze śmiercią Valentina.
-Jeszcze jeden! - ktoś krzyknął.
Momentalnie wkoło Clary zgromadziły się rzesze Nocnych Łowców. Dziewczyna traciła kontakt z rzeczywistością z powodu upływu krwi z rany. Obraz był zamazany. Nie mogła nikogo rozpoznać. Chciała coś powiedzieć, cokolwiek, ale była zbyt zmęczona biegiem. W bezradności wyciągnęła ręce, próbując zorientować się w otoczeniu. Nie wiedziała czemu to zrobiła. To był odruch. Wtedy poczuła coś zimnego przechodzącego przez jej klatkę piersiową. Osunęła się na ziemię bez sił. Spojrzała w dół. Widok dalej był rozmazany, ale rozpoznała sterczącą rękojeść serafickiego ostrza, tkwiącego w jej piersi. Rozłożyła bezradnie ręce. Chciało się jej płakać, ale nie roniła ani jednej łzy. Chciało się jej krzyczeć, ale straciła głos. Chciała zobaczyć w ostatnich chwilach twarze kochanych osób, ale powieki były zbyt ciężkie. Chciała żyć, ale to nie było jej dane.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jeju nareszcie jest. Nie wiem ile już nie dodawałam. Miesiąc, dwa, a może pół roku? Niestety zwyczajnie nie miałam czasu na prowadzenia bloga. Szkoła, obowiązki to istne urwanie głowy. Mam jednak nadzieję, że ktoś został i doczyta jeden z ostatnich rozdziałów. Tak, zbliża się koniec tego bloga. Nie mam na niego pomysłów i w sumie też chęci, a nie chcę, żeby pisanie było dla mnie przymusem. Za ewentualne błędy przepraszam.
Piszcie, jak się podobał rozdział.
Pozdrawiam ♥
-Gdzie jesteś?! - krzyczała ze złością. - Wyłaź tchórzu!
,,Spokojnie, zabawa dopiero się zaczyna. Z przyjemnością popatrzę, jak giniecie". Po tej wypowiedzi Clary nie wiedziała w jaki sposób, ale czuła, że Valentine' a nie ma już w jej głowie. Pod wpływem impulsu wyciągnęła stelę. Odbiegła w miarę spokojne miejsce i narysowała na swoim ramieniu runę posiadającą mnóstwo elementów. Przed jej oczami pojawił się obraz. Był na nim Valentine i Jocelyn, która siedziała skuta obok niego. Byli na moście. Valentine wzdrygnął się i odwrócił, jakby chciał spojrzeć na córkę. Uśmiechnął się strasznie i powiedział coś po łacińsku. Chwilę potem obraz się rozmazał, a przed dziewczyną stał demon, którego od razu, odruchowo zabiła. Myślała o tym, co przed chwilą zrobił Valentine, przecież nie jest czarownikiem. Nie umie czarować. Kierując się ku bramie Instytutu zastanawiała się, jaki most ujrzała w wizji. Znała go, po chwili była już pewna, gdzie jest jej matka i ojciec. Przyspieszyła kroku. Miała lekkie wyrzuty sumienia, że nie pomaga w walce z demonami, ale musiała uratować mamę i za wszelką cenę zabić Valentine' a. Po tym, jak to zrobi musi koniecznie porozmawiać z Magnusem w sprawie tego zaklęcia, które przerwało działanie runy, którą narysowała. Mijając Nocnych Łowców i zabijając po drodze demony poczuła nagłe szarpnięcie za ramię. Myśląc, że to kolejny potwór, zamachnęła się mieczem, ale w ostatniej chwili zdołała zatrzymać rękę. Miecz był tuż przy szyi Jace' a.
-Wiem, że jestem sexy i zabójczo przystojny, ale to nie powód, żeby mnie zabijać - powiedział z uśmiechem chłopak mimo tego, że byli prawie w środku pola bitwy.
Clary przewróciła ze zirytowaniem oczami i chciała iść dalej tak, gdzie zamierzała, ale dłoń Jace' a, którą trzymał na jej ramieniu uniemożliwiała jej to.
-Czego chcesz? Spieszy mi się - powiedziała.
-Gdzie idziesz? Valentine może gdzieś tu być i coś ci zrobić - powiedział jakby zmartwiony.
,,Wydaje mi się" pomyślała. W sumie trochę głupio jej się zrobiło, że chciała pójść bez żadnego słowa, ale nie miałaby nawet czasu, aby powiedzieć o tym Jace' owi czy komukolwiek. Jace oznajmił jej, że zamierza z nią iść. Stwierdziła, że namowy na nic się zdadzą, a chłopak i tak z nią pójdzie, więc nie stawiała oporu. Bała się tylko tego, że demon przejmie nad nią kontrolę i Jace nie będzie chciał jej później znać. Nie chodzi tutaj nawet o sam fakt, że demon siedzi w jej ciele, tylko o to, że okłamywała blondyna. Nie było jednak na to czasu.
-Idziemy - powiedziała z mocą.
Clary narzuciła duże tempo, bo chciała jak najszybciej uratować Jocelyn z rąk Valentina. Mknęli przez kolejne ulice. Dziewczyna mimo lekkiej zadyszki nie zwalniała kroku. Po niecałych dwudziestu minutach byli przy dość starym moście, gdzie jako dziecko przychodziła z Simonem i mamą posiedzieć i porozmawiać. Mało co się tutaj zmieniło. Wszystko tylko może jeszcze bardziej porosło mchem. Jace i Clary stali przy ścianie starego i zniszczonego budynku. Mieli stąd doskonały widok na ich cel. Kolejnym plusem było to, że Valentine, którego widzieli na moście, nie mógł ich dostrzec. Nie mogli działać pochopnie. Trzeba było wymyślić na szybko jakiś plan, który miał szanse na powodzenie. Nagle Clary olśniło.
-Jace myślę, że chyba umiem tworzyć nowe runy - powiedziała.
-Jak to? - spytał zaskoczony.
-Ten miecz - wskazała na swoją broń - powstał dzięki tej runie.
Chłopak odebrał miecz dziewczynie i dokładnie przyjrzał się wskazanej runie. Pomyślał chwilę i powiedział:
-Rzeczywiście tej runy nie ma w Szarej Księdze, ale co to ma do rzeczy.
-Pomyślałam, żeby stworzyć runę niewidzialności - Jace popatrzył na nią z rozbawieniem. - Ale po jej nałożeniu nie widziałby nas nikt. Nawet Nocni Łowcy.
-Myślisz, że jesteś w stanie to zrobić? - spytał z powątpiewaniem.
-Przekonajmy się.
Chwilę później trzymała stelę w ręce. Stała z zamkniętymi oczami i starała się wyobrazić runę. Nie była to prosta czynność. Między jej brwiami powstało sporo zmarszczek. Kiedy przez dłuższy czas nic się nie działo zaczęła wątpić, że jej się uda stworzyć runę, ale się nie poddawała. Po chwili jej głowie utworzył się wzór. Parę pociągnięć ręką i runa na jej ramieniu była gotowa. Otworzyła oczy i spojrzała na Jace' a.
-I jak? Działa? - spytała.
-Tak - odparł Jace zwrócony plecami do Clary.
Rudowłosa ze śmiechem podeszła do blondyna, powiedziała, żeby się nie ruszał i także nakreśliła mu runę niewidzialności. Po jej narysowaniu oboje byli niewidoczni dla otoczenia z wyjątkiem ich samych. Dorysowali sobie jeszcze po runie bezdźwięcznej i paru innych potrzebnych do walki. Zaczęli zbliżać się do Valentina i Jocelyn leżącej obok niego. Wszystko szło świetnie. ,,Idzie nam za łatwo" pomyślała Clary.
Nie obchodziło ją to jednak zbytnio. Gdy byli parę metrów od rodziców Clary, Jace podbiegł do Valentina i zamachnął się mieczem. Dziewczyna poszła w jego ślady, ponieważ chciała go zatrzymać. To jej zadaniem było zabicie swojego ojca i nie chciała, żeby zrobił to Jace. Przez to, że zbyt się tym przejęła, nie patrzyła pod nogi i nadepnęła na suchą gałąź, których było tu wiele. ,,Scena niczym z filmu" pomyślała zirytowana. Morgenstern odwrócił się błyskawicznie i czując piekący ból w okolicach ramienia zamachnął się pięścią i wymierzył cios tak, że Jace uderzył w balustradę mostu głową, tracąc przytomność. Następnie Valentine nakreślił sobie dwie runy na ramieniu. Jedna była Clary nieznana. Szybkim krokiem ruszył ku niej. Zdezorientowana i przerażona dziewczyna nie wiedziała, co robić. Valentine chwycił ją za szyję i uniósł.
-Jak ty to ... - wykrztusiła usiłując się uwolnić.
-Nie tylko ty umiesz tworzyć nowe runy - powiedział z uśmiechem.
Clary patrzyła na ojca osłupiała. Nie chciała wierzyć w jego słowa. Przecież tylko ona mogła tworzyć nowe runy. Prawda? Jej zdumienie przerodziło się w gniew. Miotała się we wszystkie strony usiłując się wyrwać. Z jej ust wydobywał się syk. Przemiana zbliżała się wielkimi krokami. Złość wzrastała z minuty na minutę. Powoli traciła panowanie nad sobą. Wokół jej ciała zaczęła się unosić czarna aura. Palce przekształcały się w ogromne szpony, a oczy zmieniły barwę na kolor żółty. Valentine wciąż trzymał jej gardło w żelaznym uścisku. Clary, już jako demon zamachnęła się pazurami usiłując zranić klatkę piersiową Valentina. Ten zrobił unik, jednak nie wystarczający by uniknąć zadrapania. Z sykiem odsunął się parę metrów. Tymczasem Jace zdążył się już otrząsnąć. Zdziwiony popatrzył na Clary. Nie wiedział o co chodzi.
-Zzzzzaaaaaabbbiiiieeeeerrrrzzzz sssstttttąąąąąddddd mmmmooooojjjjjąąąą mmmaaaattttkkkkęęęę - wysyczała.
Blondyn z wahaniem wykonał polecenie. Postanowił zostawić Jocelyn w bezpiecznym miejscu i wrócić tu, aby pomóc rudowłosej, a także dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi. Wziął Jocelyn na ręce i pobiegł w stronę opuszczonej dzielnicy. Clary nie zwracając na niego uwagi walczyła ze swoim ojcem. Wykonywała błyskawiczne, mordercze ciosy, ale Morgenstern zdołał je wszystkie odeprzeć. Dziewczyna nie panowała już nad sobą, owładnął ją całkowicie demon. Dążyła tylko i wyłącznie do śmierci Valentina Morgensterna, swojego ojca. Na chwilę odzyskując świadomość przypomniała sobie ruch, jaki wykonał kiedyś Jace podczas treningu. Postanowiła go wypróbować, zwłaszcza, że teraz była pół demonem i były spore szanse na to, że uda jej się go wykonać. Robiąc salto w przód wbiła swój miecz w plecy Valentina. Była zadowolona z tego, że wyszedł jej ten cios. Morgenstern patrzył na nią zdziwiony. Wydał okropny ryk i zamachnął się mieczem. Trafił. Po lewym barku dziewczyny zaczęła ciurkiem spływać krew. Po chwili Nocny Łowca upadł na kolana. Nie miał siły już, by stać. Clary stanęła przed nim. Chciała widzieć jego twarz, gdy będzie umierał. Nie wiedziała w sumie czy to ona tego chciała, czy demon w niej. Trzymała się za zakrwawiony bark. Jej ręka ledwo się trzymała na skrawku mięśni. Nie czuła bólu. Uśmiechała się nawet. Satysfakcja rozpierała jej duszę. Jej ojciec chyba sam do końca nie wiedział, co się dzieje. Po raz pierwszy widziała przerażenie na tej kamiennej twarzy. Musiał podtrzymywać się rękami, by się całkowicie nie przewrócić. Uchodziły z niego siły. Oto największy koszmar świata Podziemnego konał u stóp własnej córki. Z jego warg zaczęła powoli spływać krew, plamiąc stare deski. Jego oddech stał się spazmatyczny. Chyba coś mówił, ale z jego ust płynęła tylko spieniona krew i wydobywały się dźwięki podobne do warczącego psa.
-To ... miało być... Miałem ...zwy-zwyciężyć - krztusił ostatkiem sił.
Demon w duszy Clary niespokojnie się poruszył pod wpływem emocji dziewczyny. Rudowłosa z całej siły kopnęła ojca w twarz, przewracając go na bok i ukazując zastygłą twarz, twarz trupa. Jego oczy były zapatrzone w dal. Było to puste spojrzenie. Krew z ust Valentina jeszcze się sączyła, gromadząc się wokół jego twarzy i skapując powoli z desek mostu do niewielkiej rzeczki. Przez parę kolejnych minut nie mogło to do niej dotrzeć. Zabiła ojca. To już koniec. Jej matka jest bezpieczna. Można było spokojnie wracać. Nawet zapomniała o swojej ręce, która teraz zwisała bezwładnie wzdłuż ciała. Zastanawiało ją tylko, co powie Jace' owi? Patrząc na ciało ojca czuła obrzydzenie. Ukucnęła i przyjrzała się dokładnie przejętej strachem twarzy. Ten widok nie wiedząc czemu napawał ją szczęściem.
-To już koniec... ojcze - powiedziała głucho klepiąc ojca po policzku.
Nagle poczuła dłoń na ramieniu. Pech chciał, że obudził się w niej instynkt istoty, która w niej przebywała i zamachnęła się szponami. Ofiarą ataku był Jace, który upadł na most, chwytając się za twarz. Świadomość wróciła. Clary widząc, co zrobiła, cofnęła się znacznie, zakrywając usta. Była przerażona. Nieświadomie ciągle się cofała, za nią znajdował się las. Zauważyła, że Jace powoli zaczął podnosić się przy pomocy poręczy. Gdy stał już na nogach zaczął się do niej zbliżać. Clary postawiła w tył kolejne kroki.
-Nie zbliżaj się! Jestem potworem! - krzyczała.
-Clary spokojnie nic się nie stało - mówił blondyn patrząc przejęty na jej rękę.
Dziewczyna kręcąc głową odwróciła się i pobiegła do lasu. Nie zatrzymywała się. Kiedy już brakło jej tchu myślała gorączkowo, co zrobić. Jace pewnie już za nią biegnie. Nagle ręka zaczęła dawać o sobie znać. Ból był rozdzierający. Zacisnęła zęby, hamując krzyk, który cisnął się jej na usta. to zapewne adrenalina pozwalała nie czuć bólu. W pośpiechu narysowała na drzewie runę, dzięki której otworzyła się brama. Mogła przenieść się w dowolne miejsce na świecie. Nie miała jednak dużo czasu do namysłu, ponieważ słyszała już krzyki Jace' a. Pod wpływem paniki wskoczyła w niebieskie jarzące się światło. Nie wiedziała dokładnie o czym wtedy myślała, ale wylądowała u bram Instytutu. Podniosła się z klęczek. Demonów już nie było. Zniknęły wraz ze śmiercią Valentina.
-Jeszcze jeden! - ktoś krzyknął.
Momentalnie wkoło Clary zgromadziły się rzesze Nocnych Łowców. Dziewczyna traciła kontakt z rzeczywistością z powodu upływu krwi z rany. Obraz był zamazany. Nie mogła nikogo rozpoznać. Chciała coś powiedzieć, cokolwiek, ale była zbyt zmęczona biegiem. W bezradności wyciągnęła ręce, próbując zorientować się w otoczeniu. Nie wiedziała czemu to zrobiła. To był odruch. Wtedy poczuła coś zimnego przechodzącego przez jej klatkę piersiową. Osunęła się na ziemię bez sił. Spojrzała w dół. Widok dalej był rozmazany, ale rozpoznała sterczącą rękojeść serafickiego ostrza, tkwiącego w jej piersi. Rozłożyła bezradnie ręce. Chciało się jej płakać, ale nie roniła ani jednej łzy. Chciało się jej krzyczeć, ale straciła głos. Chciała zobaczyć w ostatnich chwilach twarze kochanych osób, ale powieki były zbyt ciężkie. Chciała żyć, ale to nie było jej dane.
***
Jace przemierzał las w poszukiwaniu Clary. Przeraziła go rana, którą widział. Nie zdążył nawet zorientować się, gdzie jest Valentine. Nigdzie jej nie ma. Nie miał pojęcia, czemu nagle rudowłosa stała się demonem. Nie było czasu na myśli. Trzeba było, jak najszybciej ją znaleźć albo się wykrwawi. Między krzakami ujrzał coś błękitnego. Brama. Zdążył jeszcze dostrzec rude włosy. To Na pewno jest Clary. Gdy dobiegł do bramy nikogo nie było wokół. ,,Pewnie to ona otworzyła bramę'' pomyślał. Wszedł w błękitną poświatę myśląc o Clary. Towarzyszyło mu dziwne uczucie w żołądku, jak przy każdej teleportacji. Wylądował przy Instytucie. Demony gdzieś zniknęły. Przed bramą zgromadzili się wokół czegoś Nocni Łowcy. Podbiegł do swoich towarzyszy. Przepchał się do środka. Okazało się, że na ziemi leżało ciało konającego demona, zabitego przez któregoś z Nefilim. Demon wydał mu się dziwnie znajomy. Lekko rudawe włosy, oczy powoli zmieniające barwę na zieloną, słodkie piegi na nosie... To była Clary. Jace' a opanowała złość i jednocześnie rozpacz. W oczach momentalnie pojawiły się łzy. Nie umiał tego powstrzymać. Upadł na kolana przed Clary. Chwycił ją za dłoń i odwrócił głowę do zgromadzonych.
-Co wyście zrobili?! To nie żaden demon, tylko Clary! - wrzeszczał ile miał sił w płucach. - Moja kochana, drobna Clary - dodał szeptem głaszcząc głowę dziewczyny.
Dłoń Clary zacisnęła się pod wpływem głosu blondyna. Podniosła z trudem powieki i spojrzała na chłopaka. Widząc jego twarz na jej twarzy zagościł smutny uśmiech.
-Jace - wyszeptała słabo.
-Jestem tu. Wszystko będzie dobrze - mówił jakby sam do siebie.
Głaszcząc kciukiem dłoń Clary, Jace zbliżył się jeszcze bardziej ku niej. Jego łzy rozmywały krew na jej barku. Nie przyjmował do wiadomości, że jedyna osoba, którą naprawdę kochał, oprócz rodziny Lightwood' ów, umiera. Delikatnie ujął w jedną rękę jej głowę, a w drugą plecy i uniósł przybliżając dziewczynę do siebie. Oddech Clary powoli stawał się chrapliwy i słabszy. Zdawało jej się, że powieki ważą tonę. Z trudem z powrotem je unosiła. Czuła, że zbliża się koniec. Podniosła prawą rękę i położyła dłoń na policzku Jace' a. Chłopak wtulił się w nią bardziej.
-Chyba pierwszy raz widzę cię, jak płaczesz - powiedziała z uśmiechem. - Pamiętaj, że zawsze będę przy tobie. Kocham cię.
Po wypowiedzeniu tych słów jej oczy się zamknęły. Ręka opadła bezwładnie na brzuch. Po paru sekundach klatka piersiowa Clarissy Morgenstern zatrzymała się bezpowrotnie. Odeszła na zawsze. Jace nie mógł tego pojąć. Nie mógł pojąć i zrozumieć, że już nigdy nie będzie mógł zobaczyć jej cudownych zielonych oczu, nieziemskiego uśmiechu, słodkiego śmiechu. Już nigdy nie będzie mu dane jej pocałować, wyznać wszystkie uczucia, jakie do niej żywił. Pozostanie tylko we wspomnieniach. Znali się tak krótko, ale i tak nie mógł bez niej żyć. Nie docierało do niego to, co się dzisiaj wydarzyło. Nie wiedział, jak teraz, po tym wszystkim, będzie normalnie funkcjonował. Dzień zapowiadał się, jak każdy inny. Jednak jego koniec okazał się tragiczny. Zdesperowany zaczął potrząsać martwym ciałem dziewczyny, błagając, by się obudziła.
-Clary! Obudź się! Obudź się do jasnej cholery! Nie możesz umrzeć! - wrzeszczał.
Nocni Łowcy zebrani dookoła byli skonsternowani. Nie wiedząc, co mogą zrobić, milczeli. Jace siedział z Clary na kolanach kołysząc się powoli i głaskając jej rude włosy. Z dali dało się słyszeć hałas butów na obcasie. Po chwili Isabelle i Alec stali tuż przy bracie, próbując zorientować się w sytuacji.
-Co się sta... - urwała Isabelle widząc martwe ciało przyjaciółki, które obejmuje Jace.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jeju nareszcie jest. Nie wiem ile już nie dodawałam. Miesiąc, dwa, a może pół roku? Niestety zwyczajnie nie miałam czasu na prowadzenia bloga. Szkoła, obowiązki to istne urwanie głowy. Mam jednak nadzieję, że ktoś został i doczyta jeden z ostatnich rozdziałów. Tak, zbliża się koniec tego bloga. Nie mam na niego pomysłów i w sumie też chęci, a nie chcę, żeby pisanie było dla mnie przymusem. Za ewentualne błędy przepraszam.
Piszcie, jak się podobał rozdział.
Pozdrawiam ♥
poniedziałek, 14 marca 2016
Informacje
Wiem, że się już niecierpliwicie, co do nowego rozdziału, ale znowu mam mnóstwo rzeczy na głowie i kompletnie nie mam czasu na bloga. Uprzedzam już na przyszłość, że rozdziały nie będą dodawane regularnie.
Lady night
Lady night
Subskrybuj:
Posty (Atom)
